What to see in Cotswolds

Do you know Kate Winslet, Hugh Grant, David Beckham or Kate Moss? They are belong to celebrities who live in Cotswolds which is part of England. We didn’t follow them, however we visit Cotswolds twice. Below, you can find some tips and itineraries of our trips. In both cases, we started our trip from Oxford.

Day 1: Kingham-Blockley-Broadway-Tower-Upper Slaughter

First place which we visit was lovely village Kingham. We found out that on the street everybody say ‚Morning’ to us 🙂 There is such a lot this kind of villages in Cotswolds. Most of them is worth to visit, just to see how lovely they are and take a walk there. You can find on the internet a lot of website where these villages are ranked and compared. Actually, I think that many of them are similar so you don’t need to visit every one. If you don’t have a lot of time you should choose smaller ones, as mostly, they are more lovely. However in the bigger ones, you can find some Bangsy graffiti. By chance, we saw one of his artwork. Anyway, Kingham is worth to visit as well as Blockey which was next point in our itinerary. If you don’t plan to spend more time in these villages, you will spend in each village around 20-30 minutes, including time for pictures 🙂

 

Next part of our trip was Broadway. This village is bigger and more tourist than Kingham and Blockley. We chose this place as there was beggining of trail to Broadway Tower. This is circular path which you can start from Broadway as well from Tower. In both places are car parks which cost around 3-5 pounds, depends on time. You should remember to have coins as it is the only possibility to pay.

Some of paths which are available in Cotswolds are described here, maps are also presented. The trail which we chose for Broadway Tower Country Park. This is easy path with lot beautiful spots on way. You can drive attention to deer which are close to Tower, especially those who try to climb on the trees 😉

To not be lost in Cotswolds you should always choose path signed with picture of acorn and „Cotswolds Way”. It is important due to in England are a lot of „Public Paths” and not always it is path which you need to choose. When we were coming back from Tower we also chose wrong „Public Path”. Some time after this path was leading into shooting area, so we went in another direction, outside this path. We had only google maps with GPS which wasn’t working good in this area. However, we saw really interesting mansions, particularly The Octagon one. We also crossed fields with sheeps and found the lost rural settlement, which not exists on the map. In the barn we saw the  fridge and when we were leaving faded red pick-up passed us. The mood was almost like in the Texas Chain Saw Massacre. But don’t worry! If you will hit the trail and follow the acorn, you will not see this gloomy place.

Due to nobody killed us, we could go to the next village which has charming name – Upper Slaughter. Fortunately, this village is really more lovely than the name. I also think that it was the most beautiful village which we saw so far.

 

Dzień 2: Dursley-Tyndale Monument-Bibury

During our second trip to Cotswolds, we intended to walk path which has start in Dursley. The map is available here. If you reach to Dursley by car you can park on May Lane Car Park which is for free and the toilet is available. The map is not very precise, but still you need to follow „Cotswolds Way” path signed with acorn. Firstly we went up the hill and reach the golf club. From there we went down and walk to the direction of North Nibley.  During this way we found something unusual i.e. water for tourist in the fridge. It wasn’t free water, however the price was almost the same like in the shop. Finally, we reached to the  Tyndale Monument. It is possible to go up this tower and the donation is optional.  When we were coming back we again lost the trail which wasn’t marked there very good. But we chose good direction in the forest and found Cotswold Way road and then the place which is on map as Mason E A & Son. From this we could easily come back to the trail, however we met cyclist who told us that it would be better if we choose Cotswolds Way road and come back to the trail on junction of Cotswold Way and Park Ln. The last stage of this path is coming back to hill with golf club and walk around. At the beginning of this circle you can also find nice view point.

After this trail we visit Bibury which was described as a most beautiful village in England by William Morris who live in XIX century and was versatile artist, inter alia, painter, architect and writer. Indeed, this is very lovely and charming village, similarly as Upper Slaughter. For us it was end of this day and we come back to the Oxford. But if you want to see something more, you can also visit Bourton-on-the-Water. It is another lovely village, which lay close to Bibury and is described as a Cotswolds Venice.

 

 

 

Reklamy

Cotswolds

Czy mówią Wam coś coś nazwiska takie jak Kate Winslet, Hugh Grant, David Beckham czy też Kate Moss? Należą oni do licznego grona celebrytów, którzy zamieszkują angielski rejon Cotswolds. Nie ruszyliśmy ich śladem, ale zrobiliśmy sobie wycieczkę. Najpierw jedną, a półtora miesiąca później drugą.  Poniżej garść dobrych rad i plany naszych wycieczek. Za każdym razem naszą bazą wypadową był Oxford.

 

Dzień 1: Kingham-Blockley-Broadway-Tower-Upper Slaughter

Naszym pierwszym punktem na trasie była miejscowość Kingham, która była bardzo uroczą wioseczką, gdzie na ulicy wszyscy mówili sobie dzień dobry Takich miejscowości w Cotswolds jest bardzo dużo i warto część z nich odwiedzić, żeby sobie po nich pospacerować, ponieważ są naprawdę urokliwe. W internecie można zobaczyć masę różne rankingi, ale prawda jest taka że te miejscowości są do siebie dość podobne i nawet jeśli komuś zależy, żeby zobaczyć jak najwięcej, to nie trzeba koniecznie zwiedzić wszystkiego. Osobiście uważam, że w przypadku braku czasu najlepiej wybrać mniejsze miejscowości. Kingham na pewno się wpisuje w warte odwiedzenia miejsce, podobnie jak Blockley, które było naszym kolejnym punktem. Z drugiej strony, przypadkowo, w nieco większej miejscowości udało nam się zobaczyć mural Banksy’ego, więc wszystko zależy od tego czego szukacie w życiu 🙂 Jeżeli nie planujecie dłuższego pobytu w tych wioskach, to obejście ich nie zajmuje wiele czasu. Myślę, że spokojnie można sobie założyć dwadzieścia-trzydzieści minut na każdą, wliczając w to czas na fotografowanie.

Kolejnym etapem naszej wycieczki był Broadway. Znacznie większy niż poprzednie dwie miejscowości i bardziej turystyczny. Pojawiliśmy się tam, ponieważ był tam początek szlaku wiodącego na Broadway Tower. Szlak ten biegnie dookoła i można go robić zarówno z Broadway, jak i Tower, gdzie także znajduje się parking. Parkingi miejskie kosztują od 3 do 5 funtów w zależności od czasu postoju. Bardzo ważne jest, aby mieć ze sobą monety, ponieważ jest to jedyna forma płatności za parking. Z góry trzeba zadeklarować jaki czas wybieramy i zapoznać się z milionem ostrzeżeń dotyczących kar jeżeli się spóźnimy 😉

Jeżeli chodzi o szlaki to pewien ich spis wraz mapką i opisem można znaleźć tutaj, a szlak o którym piszę to Broadway Tower Country Park. Szlak jest dosyć przyjemny, mało wymagający, a okolica jest bardzo ładna i wiele pięknych widoków mijamy po drodze. Warto zwrócić uwagę, że w pobliżu Tower są jelenie i nawet próbują wspinać się na drzewa 😉

Żeby nie pogubić się na szlakach w Cotswolds zawsze należy iść za szlakiem oznaczonym żołędziem i napisem „Cotswolds Way”. Jest to ważne, ponieważ w Anglii jest cała masa „Public Path” i nie zawsze jest to path, którym chcemy podążać 🙂 My zresztą się sami o tym przekonaliśmy, bo w pewnym momencie, w drodze powrotnej z Tower, wybraliśmy zły „Public Path” i poszliśmy w zupełnie źle. Później całkowicie zeszliśmy z tej ścieżki, ponieważ w pewnym momencie zaczęła ona prowadzić w rejon, gdzie odbywały się akurat polowania i kierowaliśmy się już tylko mapą z gubiącym się GPS-em. Dobrze jednak było zejść ze szlaku, ponieważ po drodze zobaczyliśmy przepiękne posiadłości, między innymi The Octagon, czyli wielokątny dom w otaczający wewnętrzny ogród. Do tego przemierzyliśmy pola pełne owiec i przeszliśmy przez zapomnianą osadę, której nie ma na mapie. Ze stodołą, w której znajdowała się lodówka. Opuszczając to ponure miejsce minął nas rozpadający się pick-up w kolorze wyblakłej czerwieni, co dopełniło obrazu kojarzącego się z Teksańską Masakrą Piłą Mechaniczną. Ale jak będziecie się trzymać szlaku i dzielnie iść za żołędziem, to spoko – nie dojdziecie tam.

Nikt nas nie zabił w osadzie, więc mogliśmy zrealizować ostatni plan tej wycieczki, czyli miejscowość o uroczej nazwie Upper Slaughter. Na szczęście samo miasteczko było bardziej urokliwe niż jego nazwa i muszę powiedzieć, że dla mnie było ono najładniejsze ze wszystkich miejscowości.

Po tym pełnym wrażeń dniu wracamy do Oxfordu, skąd ruszamy ponownie do Cotswolds półtora miesiąca później.

 

Dzień 2: Dursley-Tyndale Monument-Bibury

Nasza druga wycieczka do Cotswolds, to głównie przejście szlaku, który ma swój początek w Dursley. Dokładna mapka znajduje się tutaj. Jeżeli jesteście samochodem, to możecie podjechać trochę bliżej, tj. do May Lane Car Park. Jest to darmowy parking z dostępną toaletą. Ta mapka się bardzo orientacyjnie pokrywa z właściwym szlakiem, ale podobnie jak ostatnim razem mamy do czynienia z „Cotswold Way”, gdzie trzeba podążać za szlakiem z żołędziem. Zaczynamy stromym podejściem do pola golfowego, żeby następnie zejść na dół z drugiej strony wzgórza i kierować się w stronę North Nibley. Po drodze zauważyliśmy coś ciekawego, czyli wodę dla turystów w lodówce. Pomimo że była płatna, to jej cena była tak niska, że pokrywała się z ceną w sklepie. W końcu dochodzimy do Tyndale Monument. Okazuje się, że wieża jest otwarta, a do tego darmowa i można wejść na samą górę.  Wracając lasem tradycyjnie gubimy szlak, który nie był zbyt dobrze oznaczony. Idziemy lasem ścieżką, która się urywa, a następnie dochodzimy do drogi Cotswold Way. Dochodzimy do miejsca oznaczonego na mapie jako Mason E A & Son. Stamtąd można by łatwo wrócić na szlak. Jednakże napotkany rowerzysta radzi nam, żebyśmy poszli dalej Cotswold Way i doszli do szlaku przy skrzyżowaniu Cotswold Way i Park Ln, co też uczyniliśmy. Końcowy etap to powrót na pole golfowe i obejście go dookoła. W pierwszej ćwiartce pętli dookoła pola znajdziecie też kierunkowskaz na punkt widokowy, gdzie można sobie chwilę odpocząć.

Po przejściu całości wybieramy się do miejscowości Bibury, która została określona jako najpiękniejsza wieś całej Anglii, przez żyjącego w XIX wieku Williama Morrisa, wszechstronnego artysty, który był między innymi malarzem, architektem i pisarzem.  Wioska rzeczywiście jest bardzo urokliwa, moim zdaniem porównywalnie co Upper Slaughter. Dla nas w tym momencie kończy się ten dzień i wracamy do Oxfordu. Ale jeżeli macie ochotę zwiedzać dalej, to w pobliżu znajduje się jeszcze urokliwe miasteczko, Bourton-on-the-Water, określane jako Wenecja Cotswolds.

 

 

Tajlandia – Chiang Mai

Cześć! Mam nadzieję, że ten wpis pomoże Ci w przygotowaniach do podróży. Jeżeli jednak wciąż masz wątpliwości lub dodatkowe pytania zachęcam do kontaktu poprzez  komentarz, fb: @pegazing lub email: pegazing@gmail.com Chętnie pomogę 🙂

 

Dzień 1: Chiang Mai – Miasto tysiąca świątyń

Gdybym z całej Tajlandii miała wybrać jedno miejsce na powrót, to zdecydowanie byłoby to Chiang Mai dzięki niepowtarzalnemu klimatu tego miasta!

Pierwszego dnia w Chiang Mai spędzamy zaledwie wieczór, ale dla uproszczenia opiszę w skrócie tutaj co można robić w samym Chiang Mai. Przede wszystkim jest to miejsce, gdzie jedna świątynia buddyjska jest obok drugiej i jest ich naprawdę niezliczona ilość. Naprawdę dużo czasu zajmuje żeby przejść się po nich, a chyba niemożliwe jest zobaczenie wszystkich. Warto dodać, że Chiang Mai było najtańsze ze wszystkich miejsc, w których byliśmy (tj. Ayutthaya, Bangkok i Koh Phangan).  Dlatego jest to idealne miejsce na zakupy i na masaże, które też są dużo tańsze. My w Chiang Mai codziennie chodziliśmy na masaż tajski.  Ciekawostką jest też fish spa, które jest dużo tańsze niż w Europie. Ja na początku skorzystałam z  pakietu Try Spa, czyli 10 minut rybek i 20 minut masażu stóp za kilka złotych. Muszę powiedzieć, że w pierwszych dziesięciu sekundach uznałam, że rybki to nie to, ale chciałam dać im szansę. Jeżeli kiedyś z tego skorzystać, to uważaj, żeby nie łączyć nóg, bo każda zgnieciona rybka to 5 zł 😉 W czasie wizyty w Chiang Mai rozglądaj się też za różnymi wydarzeniami i marketami, które odbywają się w ograniczonym czasie, bo jest tego sporo i można czasem natrafić na coś bardzo ciekawego. Co szczególnie pokazuje nasz kolejny dzień…

Dzień 2: Chiang Mai – Flower Festiwal

Naszego drugiego dnia, który był właściwie pierwszym pełnym dniem, trafiliśmy na Festiwal Kwiatów w Chiang Mai. Festiwal ten odbywa się co roku w pierwszy weekend lutego. Była to jedna z moich największych podróżniczych niespodzianek, ponieważ nie planowaliśmy naszego pobytu w Chiang Mai pod tym kątem. Każdemu, kto będzie miał okazję pojawić się w Chiang Mai, tak aby trafić na Festiwal Kwiatów podpowiem, że naprawdę warto! Idealne podsumowanie tego festiwalu to bardzo dużo uśmiechu, koloru i przepiękne kwiaty, którymi ozdobione są platformy wiozące ludzi.

Dzień 3: Chiang Mai – Elephant Nature Park

Elephant Nature Park według naszego researchu przed wyjazdem, jest pierwszym tego typu miejscem w Tajlandii i jedynym bądź naprawdę jednym z dwóch-trzech, gdzie naprawdę ratuje się słonie. Z powodu mody na eko i sanktuaria, wiele miejsc udaje sanktuaria windując dodatkowo ceny w górę. Najłatwiejszym, choć nie jedynym, wyznacznikiem których miejsc unikać jest możliwość jazdy na słoniu. Podróżujmy świadomie, unikajmy jazd na słoniach, świątyni tygrysów i innych tego typu atrakcji. Tajlandia naprawdę jest piękna i nie musimy przysparzać cierpienia niewinnym stworzeniom.

Jeśli chodzi o samą wizytę w parku, to było też to jedyne miejsce, gdzie kupowaliśmy bilety przed wyjazdem. Sama wycieczka była naprawdę dobrze zorganizowana. O poranku przyjechaliśmy do parku, gdzie z platformy mogliśmy karmić słonie, które bardzo chętnie brały od nas owoce. Następnie udaliśmy się na spacer z przewodnikiem, który miał na imię Mix. Inny przewodnik miał na imię Dino, więc uznaliśmy, że ich prawdziwe tajskie imiona są pewnie zbyt trudne do wymówienia 😉 Tak czy inaczej, Mix zabrał nas na spacer po parku, podczas którego mogliśmy obserwować słonie, a jednocześnie go posłuchać.  Miał sporą wiedzę i opowiadał ciekawie, więc miał idealne cechy przewodnika. Mówił, że bardzo restrykcyjnie przestrzega się, żeby słonie nie kojarzyły pracowników parku z przemocą. Dlatego nawet po zakupie słonia, jego ostatni właściciel wprowadza go do ciężarówki, żeby słonie nie kojarzyły z tym pracowników parku. Dla nich to na szczęście już ostatnia trauma. Słonie są bardzo inteligentne, do tego stopnia, że nawet przeżywają żałobę. Dlatego też tajskie praktyki polegają na tym, żeby złamać ich psychikę. Na szczęście jest stworzone takie przyjazne miejsce. Zwróć uwagę, że jeden ze słoni prezentowanych na zdjęciach ma w uchu kwiatek. Został on wpięty przez wolontariuszy, żeby ukryć dziurę, która została po torturach.

W programie dnia był też spacer nad rzekę, gdzie mogliśmy poobserwować jak mały słonik bawi się całkiem sporą piłką, a później wejść ze słoniami do rzeki i pomóc im się nieco umyć. Warto uważać, żeby nie znaleźć się między dwoma słoniami, bo one lubią się o siebie pocierać bokami 😀

 

Dzień 4: Chiang Mai – Doi Inthanon

W okolicach Chiang Mai znajduje się wiele miejsc wartych odwiedzenia. Jedną z najbardziej znanych atrakcji jest szczyt Doi Inthanon, na którym znajdują się dwie pagody: Naphamethinidon oraz Naphaphonphumisiri. Pierwsza z nich została zbudowana z okazji 60 rocznicy urodzin króla Bhumibola Adulyadeja w 1987 roku, natomiast druga z okazji urodzin królowej Sirikit w 1992 roku.

Jeżeli nie dysponujecie własnym środkiem transportu, warto wykupić na miejscu wycieczkę. Warto przejrzeć foldery, ponieważ niektóre wycieczki różnią się pojedynczymi, drobniejszymi atrakcjami. Na miejscu udało nam się znaleźć też tańsze oferty niż w internecie.  Choć Doi Inthanon było głównym celem naszej podroży, to zwiedziliśmy także atrakcje w pobliżu, czyli wodospady, w tym Wachirathan, najwyższy punkt Tajlandii (2565.3341 m npm).

Dzień 5: Chiang Mai – Doi Suthep

Główny plan tego dnia to wizyta w  Wat Phra That Doi Suthep (które nazywa się po prostu Doi Suthep). Jest to bardzo łatwe do zorganizowania i nie potrzebujecie żadnej wycieczki. Wystarczy, że weźmiecie tam tuk-tuka. Kierowca poczeka na Was. Po drodze zostaliśmy zabrani, w ramach niespodzianki przez kierowcę naszego tuk-tuka do miejsca, gdzie można było zobaczyć panoramę Chiang Mai.  Kilka miesięcy później poczułam się trochę jak w Doi Suthep. Było to na Jasnej Górze w Częstochowie. Doi Suthep jest trochę taką azjatycką i bardziej egzotyczną wersją naszej Jasnej Góry.

Po odwiedzeniu Doi Suthep polecam wizytę w ZOO, które jest po drodze do centrum. ZOO w Azji mogą być ciekawe ze względu na to, że gatunki, które dla nas są bardzo egzotyczne typu koala są tam na porządku dziennym. Do tego największą atrakcją ZOO w Chiang Mai są pandy!

ds4.jpg

Koh Phangan

Cześć! Mam nadzieję, że ten wpis pomoże Ci w przygotowaniach do podróży. Jeżeli jednak wciąż masz wątpliwości lub dodatkowe pytania zachęcam do kontaktu poprzez  komentarz, fb: @pegazing lub email: pegazing@gmail.com Chętnie pomogę 🙂

Poniższy opis stanowi część naszej podróży po Tajlandii, której ramowy plan znajduje się TUTAJ. Dla ułatwienia stosuję numerację 1-5, ale w praktyce są to dni 6-10.

 

Dzień 1: Transport na Koh Phangan

Na Koh Phangan lecimy z Chiang Mai. Najpierw dolatujemy do lotniska Surat Thani, a następnie jedziemy autokarem na prom. Ogólnie jest to proste do zorganizowania. Po wyjściu z lotniska jest kolejka do busów, ponieważ wszyscy właściwie jadą na promy. Już w busie sprzedawane są bilety na promy w zależności od tego na którą wyspę płyniemy (Koh Phangan, Koh Tao, Koh Samui). Nasz początkowy plan zakładał Koh Tao, ale jest to najdalsza wyspa i szkoda nam było tyle czasu na transport. Z drugiej strony o Koh Samui czytaliśmy, że jest bardzo drogie. Dlatego stanęło na Koh Phangan i to była dobra decyzja.  Z perspektywy czasu uważam, że lotnisko w Surat Thani i transport stamtąd, pomimo że, bardzo tanie zabrało nam bardzo dużo cennego czasu, dlatego wybrałabym droższy lot, ale docelowo na jakąś wyspę.

Zatrzymaliśmy się w miejscowości Haad Yao w Haad Yao Resort. Miejsce to wybraliśmy dosłownie na oślep. Wybraliśmy randomowe miejsce na mapie, wzięliśmy tuk tuka. Wszystko było już właściwie zamknięte z najbliższych hoteli, a recepcja Haad Yao Resort była otwarta jeszcze 10 minut. Wzięliśmy właściwie bez zastanawiania się i wyboru, nie wiedząc nawet czy daleko mamy na plażę. Nie mieliśmy jednak wyjścia. Eleganckie warunki i basen, który mieliśmy dwa kroki (dosłownie) od drzwi pokoju nie pozostawiały jednak wątpliwości, że miejsce to jest mimo wszystko dobrym wyborem.

Dzień 2-4

Rano udaliśmy się na śniadanie, zastanawiając się jednocześnie gdzie jest plaża. Okazało się, że do kolejnych zalet naszego hotelu należy taras tuż przy plaży, na którym podawane było śniadanie. Część stolików była bezpośrednio na plaży, dzięki czemu ofertę lunchową i obiadową często zamawialiśmy do stolika na plaży. Tego dnia zrobiliśmy też nasz najdłuższy spacer po tej wyspie, która okazała się nieprzyjazna pieszym. Dlatego znacznie więcej czasu niż planowaliśmy spędziliśmy  po prostu plażując.

Głównym celem naszej wizyty na Koh Phangan było nurkowanie. Dlatego początkowo wyspą docelową była Koh Tao, która uchodzi za raj dla nurkujących. Ostatecznie nurkowaliśmy przy Sail Rock, która jest w połowie drogi pomiędzy Koh Tao i Koh Phangan, więc w sumie nic nas nie ominęło.

Jeżeli nie masz doświadczenia z nurkowaniem, to najprawdopodobniej, zanim zrobisz jakikolwiek kurs warto wypróbować wycieczkę „Try Diving”. Na początku przechodzi się podstawowe szkolenie i nurkuje pod okiem instruktora.  W zależności od szkoły/instruktora, szkolenie może się odbywać przed wyjazdem, w bezpiecznych warunkach na basenie. Druga opcja polega na tym, że zostaje się zabranym od razu na łódkę i płynie się w morze. Po dotarciu na miejsce dostaje się piankę, płetwy, maskę, pasy obciążające i butle. Wszystko waży tyle, że łatwo się przewrócić i dlatego dostępne są metalowe rurki na statku, żeby ich się trzymać rękoma. Zanim minie nam pierwszy szok dostajemy polecenia skoczenia w całym tym ciężkim sprzęcie prosto do falującego groźnie morza, lol. Później trzeba wykonać trzy ćwiczenia: zanurzyć się w wodzie i oddychać przez chwilę, odnaleźć ustnik do oddychania, który odrzucił nam instruktor i pod wodą oczyścić maskę z wody. Ostatnie zadanie zasługiwało na drugie „lol”. My wcześniej nie przemyśleliśmy jak to będzie, więc trafiła nam się druga opcja. Dla mnie było to trochę hardkorowe, szczególnie ostatnie zadanie, z którym miałam trudność. Prawdopodobnie na basenie czułabym się bezpieczniej i poszłoby sprawniej 😉

Funny facts: Istnieje rodzina ryb Rogatnicowate (Triggerfish), które są agresywne, mogące atakować ludzie i jadowite. Cigautoksyna, którą zawierają, powoduje poważne problemy neurologiczne. W okolicach Sail Rock występuje największy przedstawiciel tej rodziny czyli Rogatnica zielonkawa. Po angielsku nazywa się Titan Triggerfish i to już brzmi o wiele groźniej. Ma do 75 cm, a do tego badania naukowe wykazały, że przewyższa inteligencją inne ryby. Ale nie piszę tego, żeby Cię nastraszyć! Dobra wiadomość jest taka, że ta ryba jest mimo wszystko defensywna, więc atakuje nurków którzy są zbyt blisko (szczególnie w czasie opieki nad młodymi), więc warto mieć oczy dookoła głowy i nie zbliżać się. 

 

Dzień 5

Ostatni dzień na wyspie spędziliśmy podobnie jak poprzednie, ale zastanawialiśmy się dodatkowo jak dostać się na lotnisko i zdążyć na samolot o 8 rano. Dowiedzieliśmy się, że istnieje night ferry, który wypływa późnym wieczorem i przypływa o 4 rano do Surat Thani. Nie pływa każdego dnia, bilety można kupić tuż przed odpłynięciem i ciężko było uzyskać jakąkolwiek informację. Ruszyliśmy na spacer wśród lokalsów zapytać się co sądzą o dzisiejszym night ferry. Wyszło pół na pół. Nie chcieliśmy tracić dnia na prom, więc postanowiliśmy zaryzykować z night ferry. Na szczęście udało się i jak widzicie na zdjęciach było to interesujące doświadczenie 😛

 

Niestety w tym miejscu daliśmy się oszukać. Na szczęście tylko na 20zł. Zrzucamy to na niewyspanie. Wzięliśmy nieoficjalny transport (razem z kilkoma osobami) i zostaliśmy wyrzuceni 2 przecznice dalej i babka twierdziła, że zamówiła nam autokar na 7:30 i mamy czekać (a była 4:00, lol). Jakieś dwie inne osoby już tam czekały sztywno na dwóch plastikowych krzesłach, ale my nie mieliśmy pewności czy ten autokar przyjedzie i po kłótniach odeszliśmy z niczym. Z jedną osobą, którą tam poznaliśmy zrzuciliśmy się na oficjalny transport na lotnisko. Niestety trzeba zawsze uważać, a szczególnie o 4 nad ranej 😉

 

Tajlandia – Bangkok

Cześć! Mam nadzieję, że ten wpis pomoże Ci w przygotowaniach do podróży. Jeżeli jednak wciąż masz wątpliwości lub dodatkowe pytania zachęcam do kontaktu poprzez  komentarz, fb: @pegazing lub email: pegazing@gmail.com Chętnie pomogę 🙂

Poniżej opisuję jak zorganizować sobie 3 dni w Bangkoku zakładając, że:

Dzień 1: mamy pół dnia (dzień 1 całej podróży)

Dzień 2: mamy cały dzień w Bangkoku (dzień 11 całej podróży)

Dzień 3: mamy tylko wieczór w Bangkoku (dzień 12 całej podróży)

Ramowy plan całej podróży znajdziesz TUTAJ.

 

Dzień 1

Poprzedni dzień to był przyjazd, szalona jazda tajską taksówką do hostelu i twardy sen, więc nie opisuję tego dnia osobno. Za to dzisiaj mamy do dyspozycji pół dnia w Bangkoku, ponieważ później mamy lot do Chiang Mai, gdzie spędzimy także wieczór. Ten dzień zdecydowaliśmy się wykorzystać na spacer po okolicy naszego hostelu tj. dzielnicy Dusit. Nocowaliśmy w sieci hostelling international (którą generalnie polecam). Ten konkretny hostel, w którym spaliśmy jest niestety już zamknięty na stałe. Wracając do tego dnia, wybraliśmy się na zwyczajny spacer, żeby zobaczyć pierwszy raz Azję z bliska. Często to powtarzam, że spacery bez celu są jednym z naszych ulubionych sposobów zwiedzania, bo z jednej strony uwielbiamy chodzić, a z drugiej poznaje się wtedy klimat miasta i często można trafić na coś fajnego. Pozwólcie sobie się zgubić 🙂 W ramach spaceru, w Bangkoku, trafiliśmy między innymi, na bardzo fajny targ z jedzeniem, gdzie udało nam się zjeść dużo ciekawych tajskich rzeczy, jednocześnie unikając zatrucia.

My bardzo dużo chodziliśmy, ale czasem też dojeżdżaliśmy tuk-tukiem. Jest to opcja droższa niż taksówki, ale daje więcej frajdy 🙂

 

 

 

 

Dzień 2 

Dzisiejszy dzień jest bardzo typowy. Zaczęliśmy od wielkiego Pałacu Królewskiego. Zgodnie z tym przed czym nas ostrzegali, minęliśmy różnych kierowców, którzy nas przekonywali że pałac jest zamknięty i mogą nas zawieźć w jakieś super miejsce. To chyba najbardziej znany kant i trzeba po prostu iść i się nie przejmować. Bilety też kupić w oficjalnej kasie i nie próbować oszczędzać na ulicy. Jeżeli nie masz ubrań, które mogą Cię okryć, to nie martw się, w kluczowych miejscach dostaniesz okrycia dla turystów. Jeżeli chcesz wcześniej o to zadbać, polecam patent ze spodniami z odpinanymi nogawkami. Naprawdę tam tego pilnują, więc trzeba się dostosować.

Mnie osobiście Pałac nie zachwycił mocno, prawdopodobnie z powodu ogromnej ilości turystów. Oczywiście nie mam o to pretensji, bo każdy chciał zobaczyć to co ja, aczkolwiek nie wspominam tej wizyty jakoś wyjątkowo. Co innego kolejny punkt tego dnia, czyli Wat Pho. Świątynia, która naprawdę mnie oczarowała. Zdecydowanie mniejsza liczba turystów, baśniowe rzeźby, a także rzeźby, które dostały u mnie specjalnej kategorię „zwierzątka tak brzydkie, że aż urocze”.  Pozostałą część dnia spędzamy na kolejnym długim spacerze, w naszym stylu, eksplorując miasto. Nie ominęliśmy także targów. Nasz hostel mieścił się przy Khao San Road, więc bywaliśmy tam często, ale o wiele bardziej przypadł nam do gustu Silom Night Market – większy wybór i niższe ceny 🙂

 

Dzień 3

W Bangkoku spędzamy tylko wieczór, ponieważ na cały dzień wybraliśmy się do Ayutthayi (wpis na ten temat znajdziesz TUTAJ).  Jest to nasz ostatni wieczór w Tajlandii, więc aby fajnie zakończyć wyjazd udajemy się do jednego z naszych ulubionych miejsc, czyli Sky Baru. W Bangkoku jest ich kilka, w niektórych można robić zdjęcia i spacerować, w innych już niekoniecznie. Nasz wybór padł na 59 piętro Banyan Tree z otwartą restauracją i barem. Bardzo polecam to miejsce, ale zanim się tam wybierzesz pamiętaj, że obowiązuje strój casualowy. Z tym mieliśmy problem, ponieważ nie mieliśmy eleganckich ubrań w tej podróży. Dlatego ja kupiłam sukienkę, a Przemek ubrał się w sposób jak najbardziej stonowany. Problem? Sandały. W sandałach nie wpuszczają, ale nie znaczy to, że nie można wejść. Przemkowi zostały przyniesione eleganckie skórzane mokasyny, natomiast jego sandały zostały zabrane na specjalnym patyku, który był do tego przeznaczony 😀

Na górze macie wybór, możecie iść do części z barem lub do części z restauracją, gdzie menu dostaje się na świecących tabletach. My wybraliśmy część restauracyjną, w której ostatecznie stanęło na wodzie i dwóch sokach pomarańczowych, a łączny rachunek wyniósł nas około 1500 baht (czyli około 150 zł, lol). W tej restauracji im więcej zamówicie tym więcej dostaniecie prezencików. Jest to bardzo miły gest. Nam zrobiono bardzo profesjonalne zdjęcie: kelner przyszedł ze statywem, przesunął inne osoby z tła, postawił świeczkę, żeby było klimatycznie. Muszę powiedzieć, że to jest najgorsze zdjęcie ever, jakie ktokolwiek nam kiedykolwiek zrobił. Do dzisiaj jak na nie patrzę, to się bardzo śmieję, ale może o to chodzi w tej pamiątce.

 

 

 

 

Tajlandia – Informacje przed wyjazdem

Cześć! Mam nadzieję, że ten wpis pomoże Ci w przygotowaniach do podróży. Jeżeli jednak wciąż masz wątpliwości lub dodatkowe pytania zachęcam do kontaktu poprzez  komentarz, fb: @pegazing lub email: pegazing@gmail.com Chętnie pomogę 🙂

 

Loty

Pierwszą sprawą do zaplanowania przed wyjazdem do Tajlandii był naturalnie zakup biletów lotniczych. My je kupiliśmy pół roku wcześniej, kiedy pojawiły się pierwsze promocyjne bilety, później taka cena powtórzyła się na około 2 tygodnie przed wyjazdem. Jak to często bywa w przypadku tanich biletów, przesiadki były dziwnie skonstruowane i tak lecieliśmy na trasie Warszawa-Londyn-Hongkong-Bangkok.  Lot na trasie Hongkong-Bangkok był obsługiwany przez Cathay Pacific, pozostałe przez British Airways.

Pozostałe loty, wewnętrzne liniami Air Asia, zakupiliśmy na trasach:

  • Bangkok – Chiang Mai
  • Chiang Mai- Surat Thani
  • Surat Thani – Bangkok

Loty do i z Surat Thani, które było naszą bazą wypadową na wyspę Koh Phangan były absurdalnie tanie, ale też mało wygodne, ponieważ trzeba było jeszcze przeprawić się promem. Z perspektywy czasu wybrałabym droższy lot, bezpośrednio na wyspę. Jeśli jednak chodzi o prom, to kupowaliśmy na miejscu bilety, tuż przed początkiem rejsu.

Szczepienia

Najlepiej porozmawiać z lekarzem, ale jeżeli nie wybieracie się do dżungli, to specjalne szczepienia nie są potrzebne. Choć zawsze warto mieć szczepienie na WZW A. My nie mieliśmy żadnych szczepień z powodu szczytu wyjazdów do Azji i braku dostępnych szczepionek. Jeżeli więc planujecie się zaszczepić to pomyślcie o tym z wyprzedzeniem. Jeśli chodzi o samo WZW A, to w przypadku braku tych szczepionek w standardowych przychodniach medycyny tropikalnej (w Warszawie polecam przychodnię na ul. Nugat 3), powinny być dostępne w sieci Lux Med. Są oczywiście droższe (o ok. 100 zł), ale są i uratowało mnie to, jak musiałam zaszczepić się drugą dawką, która nigdzie nie była dostępna.

Narkotyki

Sytuacje, w których ktoś trafia do tajskiego więzienia z powodu podrzucenia narkotyków są bardzo medialne i wiele osób się tego obawia. Jednak prawda jest taka, że nie są to uzasadnione obawy. Wystarczy nie przemycać narkotyków, nie brać przesyłek od nieznajomych i generalnie unikać wszelkich podejrzanych kontaktów. Jeżeli chcesz zgłębić ten temat, to zachęcam do lektury książki 12 x śmierć. Piekło w raju. Michała Pauli.  Na pewno znajdziesz w internecie też drugi biegun – ludzi chwalących się, że wszystko spoko, że palili tam trawkę i nic się nie stało. Ale ja uważam, że to już głupota, bo oni jednak są na to wyczuleni, już lepiej jechać do Holandii 😉

Bilety wstępu

Wszystkie bilety wstępu kupowaliśmy na miejscu. Jedynym wyjątkiem było sanktuarium słoni Elephant Nature Park. Według naszego researchu przed wyjazdem, jest to pierwsze tego typu miejsce w Tajlandii i jedyne bądź naprawdę jedno z dwóch-trzech, gdzie naprawdę ratuje się słonie. Z powodu mody na eko i sanktuaria, wiele miejsc udaje sanktuaria windując dodatkowo ceny w górę. Najłatwiejszym, choć nie jedynym, wyznacznikiem których miejsc unikać jest możliwość jazdy na słoniu. Podróżujmy świadomie, unikajmy jazd na słoniach, świątyni tygrysów i innych tego typu atrakcji. Tajlandia naprawdę jest piękna i nie musimy przysparzać cierpienia niewinnym stworzeniom.

Zatrucia

Niestety jestem specjalistką od zatruć pokarmowych. Czasami po prostu nie da się uniknąć zatrucia i nie jest to kwestia jedzenia, tylko innej flory bakteryjnej. Wszystko zależy od wrażliwości naszego żołądka. Mimo to, warto przestrzegać podstawowych zasad higieny, zwracać uwagę czy sprzedawcy na ulicy nie dotykają naszego jedzenia brudnymi rękoma. Szczególnie tyczy się to owoców.  Zwróćcie uwagę, że sprzedawcy popularnych naleśników z bananami obierają banany w taki sposób, żeby czasem nie dotknąć ich rękoma. Bardzo też trzeba uważać na wodę, a tym samym lody i napoje z lodem. Jeżeli macie gdzieś wątpliwości, czy na pewno dostaniecie czystą wodę, najlepiej poprosić o gazowaną, bo trudniej ją podrobić. Aczkolwiek w czasie naszego wyjazdu nie było takich sytuacji. A jeżeli już się zatrujecie i po zatruciu będziecie w stanie zacząć jeść cokolwiek, to w Tajlandii jest bardzo prosto wrócić do jedzenia. Wystarczy poprosić sprzedawców na ulicy o woreczek gotowanego ryżu, który w przeliczeniu kosztuje około złotówki. Czasami też wyjściem jest McDonald. Nie jestem fanem tego miejsca, unikam jedzenia tam, ale prawda jest taka, że w McDonaldzie jedzenie jest tak przetworzone, że raczej nie ma szansy tam się niczym zatruć.

 

 

 

 

Samochodem do i po Anglii

Cześć!

Chciałabym się z Wami podzielić naszymi doświadczeniami w związku z podróżą do Anglii samochodem. Żeby wygodniej Ci się czytało zebrałam to wszystko w formie pytań, które sama sobie zadawałam przed wyjazdem 🙂 Jeżeli masz dodatkowe pytania, pisz śmiało, chętnie pomogę!

Czy jechać samochodem do Anglii?

Jeżeli jedziesz na dłużej, zdecydowanie tak! Anglia to kraj kierowców. Bez samochodu bardzo dużo rzeczy by nas ominęło, poniżej kilka przykładów. Decyzja o samochodzie padła z powodu moich długich dojazdów do pracy. Byliśmy bardzo nieprzekonani, szukaliśmy lepszych alternatyw, których w Anglii po prostu nie ma. Teraz z perspektywy czasu nie wyobrażam sobie naszego życia bez samochodu 😉

 

Ile to kosztuje?

Cena paliwa (na trasie Warszawa-Oxford) oraz biletu na prom to koszt około 1000 zł.

Czy lepiej jechać własnym samochodem, czy kupić lub wynająć na miejscu?

Początkowy nasz plan zakładał kupno szrota na miejscu i sprzedaż przed powrotem. Ten plan mógłby być doskonały ze względu na niską cenę samochodów w Anglii, ale okazało się, że ubezpieczenie jest kosmicznie drogie. Ponadto ubezpieczenie w Anglii jest na osobę, a nie na samochód, więc jeżeli chcesz dzielić z kimś samochód, oboje musicie wykupić ubezpieczenie.  Ceny nie są korzystniejsze także w przypadku wynajmu (oczywiście mam tutaj na myśli wynajem długookresowy, minimum 2 miesiące).  Wszystkie nasze wyliczenia sprowadziły się do tego, że najlepiej było pojechać własnym samochodem.

Zmiana żarówek przed podróżą?

Z przepisów wynika, że należy wymienić żarówki stronami, żeby nie oślepiać kierowców jadących z naprzeciwka. W praktyce część samochodów ma żarówki, które świecą podobnie. Na ulicach też widzimy samochody, gdzie jedna lub druga żarówka świeci bardziej intensywnie. Więc nie widać ustalonej reguły. Wymiana żarówek w Warszawie często jest kosztowna i kłopotliwa, a musimy przecież przejechać jeszcze przez Europę. Jeżeli więc już chcemy coś zrobić z naszymi żarówkami, to najlepiej kupić naklejkę na intensywniejszą żarówkę. Nie polecam kupowania na allegro, ani ogólnie w Polsce, bo są kilkakrotnie przepłacone. Najlepiej kupić te naklejki na promie. My tak zrobiliśmy, ale okazały się nieprzydatne i jeżdżą z nami w samochodzie na wszelki wypadek.

Prawostronny samochód w lewostronnym ruchu

Praktycznie nie było sytuacji, gdzie to przeszkadzało. Może to być kłopotliwe przy wyprzedzaniu, ale wtedy kiedy mamy przed sobą tir/autobus.

W moim odczuciu zaletą takiego rozwiązania jest dołączanie się do autostrady. Mam wrażenie, że jest łatwiej.

Lewa strona – jak żyć?

Wydaje się to o wiele straszniejsze niż się wydaje. Ja nie jestem najlepszym kierowcą, ale szybko się przestawiłam.  Na początku warto sobie powtarzać w głowie „lewa strona” 😀 Jednak naprawdę szybko człowiek się przyzwyczaja. Łatwiej też się pomylić na małej drodze/parkingu niż na większych drogach, gdzie wszystko jest pięknie oznaczone.

Warto zapoznać się z przepisami. Do największych różnic, na które warto zwracać uwagę należą:

  1. Brak reguły prawej/lewej ręki. Pierwszeństwo wyznaczane jest przez znaki. Jeżeli jest skrzyżowanie równorzędne, to nikt nie ma na nim pierwszeństwa i trzeba zachować ostrożność.
  2. Przejścia dla pieszych przed którymi miga żółte światło. W przypadku gdy piesi opuścili już przejście, można jechać dalej na żółtym, migającym świetle.
  3. Ronda. W moim osobistym odczuciu przepisy poruszania się po rondach są tak dziwne, że nie podejmuję się ich tłumaczenia, bo sama nie jestem pewna czy je 100% rozumiem i nie chcę Wam podawać informacji, które są mylące. Jeżeli uważnie się wczytacie w przepisy to zauważycie, że jest możliwa sytuacja, w której osoba zjeżdżająca z wewnętrznego pasa ma pierwszeństwo przed osobą poruszającą się własnym pasem.
  4. Ronda z płaską wysepką. Tak jak wyżej wspomniałam, nie znam dokładnie przepisów, ale codziennie przejeżdżam przez dwa ronda z płaską wysepką, gdzie dzieją się szalone rzeczy, pomimo że pas jest tylko jeden. Kierowcy bardzo mocno skracają sobie drogę. Nie przesadzę jeżeli napiszę, że czasem jest to możliwie najkrótsza droga. Z jakiegoś powodu oni uważają, że w takiej sytuacji mają większe pierwszeństwo niż osoba, która grzecznie jedzie po rondzie. Dlatego ja zawsze jestem czujna i udało mi się też nie zabić, ani nawet nie potrącić rowerzystki, która wyjechała mi gdzieś z wysepki pod koła i miała jeszcze pretensje 🙂
  5. Wjazdy na autostradę. Tutaj duży pozytyw, jest duża kultura drogowa i kierowcy są naprawdę dla siebie mili, dlatego praktycznie regułą jest, że zmienia się pas, żeby ułatwić innym wjazd na autostradę. Warto jednak pamiętać, że niektórzy są zbyt uprzejmi i potrafią zatrzymać się na autostradzie, żeby kogoś wpuścić. Takie zachowania są już niebezpieczne, bo nikt nie spodziewa się stojącego samochodu na autostradzie, dlatego zawsze warto zachować szczególną ostrożność 😉
  6. Muszę napisać też o wadach jazdy tutaj. Kierowcy często zostawiają ogromne odstępy pomiędzy samochodami, co tworzy czasem naprawdę ogromne korki, które wydawałoby się, nie powinny mieć miejsca. Bardzo źle też wspominam nasz wyjazd na Wielkanoc. Wiadomo, że w taki szczyt będzie to dłużej trwało, ale nasza podróż wydłużyła się o około 4 godziny! Głównym problemem były wspomniane odstępy i liczne stłuczki po drodze.
  7. W czasie jazdy po autostradach należy uważać na zwierzęta. Na trasie, którą zwykle jeżdżę codziennie widzę leżące na poboczu liski i sarenki. Szczególnie ważne jest to nocą, ponieważ autostrady nie są tutaj oświetlone.

Ograniczenia prędkości

Tutaj z pomocą przychodzi aplikacja Waze. Uważam, że jest koszmarnym gps-em (wolę google maps), ale świetnie sprawdza się do analizy prędkości – pokazuje prędkość, ograniczenie i pika jak się jedzie zbyt szybko, a przy okazji pokazuje fotoradary i policję (której zwykle i tak nie ma). Czyli to taki Janosik. Ogólnie ograniczenia są podobne jak w Polsce – wyjątkiem są autostrady, gdzie maksymalna prędkość to 113 km/h i małe drogi poza terenem zabudowanym, gdzie można jechać 96 km/h. Nie pytajcie dlaczego, dla mnie to ogromna zagadka 🙂 Ale nikt tam nie jeździ tak szybko i każdy zachowuje rozsądną prędkość między 40 a 50 km/h w zależności od warunków.

Życie przed podróżą.

Zdecydowaliśmy się na podróż samochodem. Co dalej? Trzeba pamiętać o wizycie u mechanika i przeglądzie, a także sprawdzeniu terminu wizyty w SKP. Do tego skontaktowaliśmy się z naszym ubezpieczycielem, czy nie trzeba dopełnić dodatkowych formalności, ale nie trzeba było.

 

Zachęcam do obserwowania na Facebooku i Instagramie 🙂

Wyspy Kanaryjskie: Lanzarote

Cześć! Mam nadzieję, że ten wpis pomoże Ci w przygotowaniach do podróży. Jeżeli jednak wciąż masz wątpliwości lub dodatkowe pytania zachęcam do kontaktu poprzez fb: @pegazing lub email: pegazing@gmail.com Chętnie pomogę 🙂

Wstęp

Przed wyjazdem na Wyspy Kanaryjskie długo nie mogłam się zdecydować, na którą wyspę się wybrać. Ostatecznie wybór padł na Lanzarote i Teneryfę, które postanowiliśmy zrobić w jednej podróży. Dla przejrzystości rozbiłam te wpisy na dwa, żeby osobom będącym zainteresowanym wyłącznie jedną wyspą było wygodniej zapoznać się z naszym planem podróży.  Jeżeli jednak jesteście zainteresowani połączeniem dwóch wysp, to potraktujcie ten plan jako dni od trzeciego do siódmego. Jeśli chodzi o transport pomiędzy wyspami to istnieje wewnętrzna linia Binter, czyli śmieszne małe samolociki, które szybko zaczynają lądować 🙂 Można też płynąć promem, ale jest to o wiele bardziej czasochłonne.

Dzień 1: El Golfo, Los Hervideros, Salinas de Janubio

Informacje praktyczne

Na Lanzarote przylecieliśmy w połowie dnia i pierwsze co zrobiliśmy to wynajęliśmy samochód. Jest kilka różnych wypożyczalni, ale bardzo dużo osób poleca AutoReisen. Nasza opinia na ich temat jest jak najbardziej pozytywna, łącznie wypożyczaliśmy tam samochód trzy raz (raz na Lanzarote i dwa razy na Teneryfie). Przede wszystkim jest to dosyć bezproblemowa wypożyczalnia. Poziom benzyny musi się zgadzać mniej więcej i nie jest to ściśle kontrolowane. Przy oddawaniu samochodu oddaje się kluczyk pani w okienku lub wrzuca do skrzynki i tyle. Nie mieliśmy żadnych problemów, a na Lanzarote trafiła nam się nawet lepsza wersja samochodu, bo wszystkie najtańsze były wypożyczone.

Nocowaliśmy w Nazarecie w Lovely Apartament i muszę powiedzieć, że jednocześnie go polecam, a jednocześnie ostrzegam 😉 Jest to niewątpliwie apartament o wysokim standardzie w korzystnej cenie, ale jest też sutereną. Dla nas nie było to problemem, ale warto wiedzieć wcześniej, żeby się nie zaskoczyć.  Właściwie największą wadą było to, że momentami tam było zimno, ale mieliśmy suszarkę, więc i to nie było problemem.

Zwiedzanie

Po dotarciu do hotelu wydawało się, że jest dosyć późno i niewiele już zobaczymy, ale znalazłam tak idealny plan, że powtórzyliśmy go ostatniego dnia. Wybraliśmy się zobaczyć plażę El Golfo wraz z Charco Verde i El Lago Verde. Jest tam  spory i darmowy parking od strony miasteczka El Golfo, tuż przy restauracji El Siroco. Stamtąd już tylko dwa kroki, żeby zobaczyć niesamowitą plażę, jezioro i różnorodne formacje skalne. GPS pokazał nam lokalizację z drugiej strony jeziora, ale w czasie kiedy tam byliśmy tamta droga była zamknięta, a miejsce na samochód przy poboczu było bardzo niepewne.

Kolejny punkt na trasie to Los Hervideros znajdujące się zaledwie 5 min jazdy (4,4 km) od parkingu. Los Hervideros to klify, o które cały czas uderzają ogromne fale. Jest możliwość zejścia trochę niżej, żeby z bezpiecznego poziomu obserwować je z bliższej odległości. Jednym z ciekawszych elementów jest miejsce, w którym spotykają się ze sobą dwie fale i zderzają ze sobą. Jest to jedno z najlepszych miejsc na obserwowanie zachodu słońca, szczególnie że oprócz oceanu mamy też góry, które nabierają coraz to piękniejszych barw.

Ostatni punkt wycieczki to punkt widokowy Mirador Salinas de Janubio z widokiem na solnisko. Jest on oddalony od Los Hervideros o kolejne 5 min (3,7 km). Idealne miejsce na zakończenie dnia. To znaczy, że na zaledwie 10 minutowym odcinku drogi możemy znaleźć aż trzy różnorodne atrakcje. Dodatkowo, punkt widokowy Mirador Salinas de Janubio leży kilometr od głównej drogi, LZ-2, którą najprawdopodobniej będziecie wracać. Ogólnie, zauważyłam, że większość transportu na Lanzarote polega na tym, że najpierw trzeba pojechać do głównej drogi LZ-1 lub LZ-2 i pojechać nią na wysokość odwiedzanego miejsca i dopiero wtedy jechać mniejszymi uliczkami.

 

 

Dzień 2: Timanfaya, La Geria, Mirador del Rio, Cueva de los Verdes, Ogród Kaktusów

Drugi dzień na Lanzarote zaczynamy jedną z największych atrakcji, czyli wizytą w Parku Narodowym Timanfaya. Wyjątkowość tego miejsca, to nie tylko 51 km^2 wulkanicznego krajobrazu, ale też silna aktywność geotermiczna, która sprawia że na głębokości 13 m rejestruje się temperatury do ok 610 stopni Celsjusza. Jednak bardziej przemawiający do wyobraźni przykład to 277 stopni na głębokości do 10 cm 🙂 I naprawdę tak jest! Jedną z atrakcji dla turystów jest pan, który kopie mały dołek (2-3 cm głębokości) i wręcza kamyki. Niestety dostałam tą gorszą partię, więc szybko się poparzyłam, krzyknęłam i je wypuściłam z rąk. I tyle z tego było 😀 Inne rzeczy, które możemy tam zobaczyć to znacznie większy dołek, do którego wsypuje się chrust, który szybko zaczyna dymić i płonąć. Nie dziwi już więc symbol parku, którym jest diabeł, jesteśmy w końcu w piekle. Oprócz tego możemy zobaczyć sztuczny gejzer (do długiej, wkopanej w ziemię tuby wlewa się wodę, która pod wpływem temperatury błyskawiczne paruje), a także pieczone ziemniaczki. To wszystko co tutaj opisałam jest dostępne przy głównym parkingu dla turystów, tuż przy restauracji. Natomiast pozostałą część parku można zwiedzać na trzy sposoby. Warto podkreślić, że każdy sposób, to inna część parku:

  • Autokarem – Jest to podstawowy sposób, po parku nie możemy się samodzielnie poruszać samochodem ani pieszo. Dostęp jest jedynie od kasy, do głównego parkingu. Z autobusu nie można wysiadać, a zdjęcia trzeba robić przez szybę. Początkowo byłam tym zniechęcona, ale okazało się, że było naprawdę fajnie. Na pewno udział w tym miało też to, że udało nam się trafić najlepsze miejsca, tj. w pierwszym rzędzie i dzięki temu mogliśmy więcej zobaczyć. Kierowca opowiadał wiele interesujących rzeczy, czasem przyspieszał gwałtownie, żeby zahamować nad przepaścią, a wszystko to przy piekielnej muzyce, czyli najbardziej dramatycznych momentach Requiem in D Minor Mozarta.
  • Wielbłądem – Jest to z pewnością interesujący sposób zwiedzania parku. Przejażdżka trwa jednak bardzo krótko tj. około 15-20 minut. Wielbłąd kosztuje około 12 euro i jest to cena za dwie osoby (nie siedzimy na samej górze, tylko w koszach po bokach wielbłąda). Obejmuje oprowadzanie po bardzo małym kawałku parku (dostępnym za darmo z ulicy) z widokiem na jego właściwą część. Na Lanzarote są też dłuższe, godzinne wycieczki na wielbłądach siedząc na górze, ale nie byliśmy tam, ponieważ wielbłądy nie były głównym celem naszej wyprawy. Nie są to też oficjalne wycieczki tego parku. Jeśli chodzi o ten sposób, to muszę powiedzieć, że bardzo dawno nie robiłam czegoś co było tak bardzo pod turystów i tak bardzo komercyjne. Było to aż śmieszne 🙂 Z racji tego, że podróżujemy świadomie unikamy miejsc, gdzie krzywdzi się zwierzęta. Właśnie dlatego unikamy wszelkich atrakcji ze zwierzętami, które powodowały ich cierpienie, ponieważ nie wspieramy tego typu działalności. Na wyspach kanaryjskich jest to między innymi Loro Park, który stanowczo odradzam. Bardzo zależy nam na podróżowaniu w sposób moralny. Według researchu, który przeprowadziłam, tym wielbłądom nie dzieje się krzywda i są dobrze traktowane.
  • Pieszo – w ramach zorganizowanych wycieczek. Nam na to zabrakło czasu, ale niezbędne informacje dostępne są na tej stronie.

Inne przydatne informacje dotyczące Parku Timanfaya:

  • Warto przyjechać sporo wcześniej, przed otwarciem parku. My przyjechaliśmy około 25 minut wcześniej, a i tak jak byliśmy drudzy w kolejce. Ale im bliżej godziny otwarcia, tym bardziej się cieszyliśmy, że przyjechaliśmy wcześniej, bo korek zrobił się niesamowity.
  • Warto wcześniej się zastanowić (przed tą lub przed inną biletowaną atrakcją), jakie rzeczy chcemy zobaczyć. Możliwy jest zakup biletów na kilka atrakcji i jest to o wiele bardziej opłacalne niż kupowanie pojedynczo. Dokładne informacje znajdziesz tutaj.

 

 

Kolejny punkt na naszej drodze to La Geria i wino! 12 minut od Parku Timanfaya. Jedziemy! La Geria to przede wszystkich krajobraz znajdujący się pod ochroną. Wykopane w żużlu wulkanicznych dołki na winorośl znalazły się pod ochroną UNESCO. Oprócz podziwiania krajobrazu możemy jeszcze zasmakować w winie i żeby to zrobić w tym unikalnym miejscu, mamy do wyboru jedną lub obie ze znajdujących się naprzeciwko siebie winiarni:

  • Bodegas La Geria – wycieczki z przewodnikiem organizowane są od poniedziałku do piątku o godzinie 14:00. Wycieczka kosztuje 9 euro (dla dzieci poniżej 12 roku życia jest za darmo) i trwa około 45 minut, a w jej czasie przewidziana jest także degustacja dwóch win. Wycieczkę należy wcześniej zarezerwować mailowo.
  • Bodegas Rubicón –  wycieczki odbywają się bez przewodnika, za darmo, od 10 do 20 codziennie. Można spokojnie spacerować po winiarni i niespiesznie wszystko zobaczyć. My wybraliśmy tę opcję. W czasie naszego pobytu były też degustacje trzech rodzajów win wraz z serami i  przekąską za 3,5 euro, co dodatkowo zachęciło mnie do zakupu całej butelki wina za 10 euro.  Na stronie widziałam teraz tylko opcję degustacji za 8 euro win z gorzką czekoladą i owocami, więc najprawdopodobniej oferta ta się rozszerza/zmienia i trzeba na bieżąco sprawdzać. Z tego co widziałam, tam też są organizowane wycieczki z przewodnikiem.

 

To był bardzo aktywny dzień, a jesteśmy dopiero w połowie. Kolejnymi punktami na mapie są Mirador del Rio, Cueva de Los Verdes oraz Ogród Kaktusów. Jeżeli odwiedzicie Cueva de Los Verdes to można odwiedzić też jednocześnie Jameos del Agua, są one bardzo blisko siebie. My na początku odpuściliśmy Jameos del Agua, ale wróciliśmy tam pod koniec wyjazdu, ponieważ okazało się, że jednak mamy na to czas. Mirador del Rio to przepiękny punkt widokowy, w tym na wyspę La Graciosa, na którą są organizowane wycieczki. Cueva de Los Verdes to bardzo ciekawe miejsce z pewną niespodzianką, o której nie należy nigdzie pisać – trzeba to miejsce odwiedzić, żeby to zobaczyć. Nie szukajcie spoilerów, bo szkoda tracić to co można zobaczyć 🙂 Ogród kaktusów to zdecydowanie najbardziej ciekawy ogród botaniczny, w którym byliśmy i zdecydowanie warto. Dzień kończymy jadąc do Arrecife bocznymi drogami, żeby pooglądać sobie inne zakątki wyspy niż te przy autostradzie. Zatrzymujemy się między innymi w Teguise gdzie spędzamy trochę czasu spacerując.

 

Dzień 3: Caldera Blanca, Papagayo

Dzisiejsze przedpołudnie poświęcamy na trekking na Caldera Blanca. My nasz spacer zaczęliśmy w miejscowości Mancha Blanca przy kaplicy Ermita de Los Dolores, gdzie według broszury informacyjnej, którą znalazłam w internecie zaczynał się nasz szlak. Nie okazało się to do końca prawdą, właściwy szlak zaczął się dużo dalej i dostępny jest spory parking. Ta część nie jest obsługiwana przez google street view, dlatego nie mogliśmy tego zobaczyć wcześniej, ale parking mieści się na drodze Camina al Crater, a jego przybliżone współrzędne to 29°02’37.6″N 13°41’49.6″W. Z drugiej strony startując z Mancha Blanca mieliśmy okazję zobaczyć parę ciekawych lokalnych miejsc, w tym zaliczyć bar, w którym jadają lokalsi i zjeść jedną z moich ulubionych potraw na Lanzarote, czyli lokalny ser z dżemem z kaktusa. Wiem, że to brzmi bardo dziwnie, ale było pyszne!

Niezależnie od tego, gdzie zdecydujecie się startować przyjdzie Wam przejść szlakiem, który jest przedłużeniem drogi Camino al Crater. Dalej szlak wiedzie prosto, aż do Montana Caldereta. Tam można na chwilę zboczyć ze szlaku i przejść się po większym lub mniejszym fragmencie środka tego krateru. Można to zrobić także w drodze powrotnej. Idąc dalej szlakiem dojdziemy do rozwidlenia. My poszliśmy w lewo kierując się na wejście na krater od strony wschodniej. Polecam ten wybór, ponieważ wydaje mi się, że wejście od strony zachodniej byłoby trudniejsze.  Na górze pokonuje się około trzy czwarte krateru obchodząc go dookoła. Na pozostałym odcinku nie ma szlaku. Zaczynając od strony wschodniej trzeba się więc kierować w lewo, a zaczynając od strony zachodniej w prawo. W ten sposób dochodzi się do zejścia po drugiej stronie.  Po drodze zaliczamy też najwyższy punkt, z którego jest widok na Park Timanfaya. Schodząc z góry dojdziemy do ścieżki, która jest tą samą ścieżką, którą przyszliśmy i wracamy nią na parking/do Mancha Blanca.

Po tym spacerze wybraliśmy się na wielbłądy, które dokładniej opisałam przy okazji Parku Timanfaya w poprzednim dniu, a następnie pojechaliśmy na Papagayo Beach.  Temperatura wody była akceptowalna dla niewielu osób. Nie jestem morsem, ale dużo mogę znieść, dzięki temu że zaprawił mnie kiedyś uniwersytecki basen, więc mi się podobało. Zostaliśmy tam aż do zachodu słońca, głównie spacerując po okolicy, która też była interesująca. Z informacji praktycznych, przy Papagayo jest spory parking. Niestety droga, która do niego prowadzi jest płatną szutrówką. W dniu, w którym byliśmy nie pobierali akurat opłat, ale sporo osób na to narzeka i trzeba się po prostu przygotować na wydatek, z którego być może nie będziemy zadowoleni.

 

Dzień 4: Cesar Manrique, Lagomar, Jameos del Agua, El Golfo

Dzisiejszy dzień upływa nam pod znakiem Cesara Manrique. Był on architektem, który zaprojektował wyspę i zadbał o jej architektoniczną spójność – większość mniejszych miejscowości to białe domki z zielonymi okiennicami i drzwiami. Oprócz tego na całej wyspie można spotkać wykonane przez niego rzeźby, zdobiące też ronda – zwróćcie na nie uwagę. Zaprojektował również wiele innych rzeczy, a jego styl cechowało wykorzystanie naturalnych skał i jam sklanych jako elementów jego projektów.

Zwiedzanie zaczęliśmy od jednego z domów, które zaprojektował tj. Lagomar mieszczący się w Nazarecie. Nasza wizyta w tym miejscu była wyjątkowa, ponieważ byliśmy praktycznie sami i mieliśmy wyjątkowego kociego przewodnika, który przeszedł z nami praktycznie całą trasę.

Kolejny punkt wyprawy to Jameos del Agua, czyli jaskinia w którą Cesar Manrique wkomponował basen, audytorium i restauracje. Z jednej strony jest to przykład interesującej architektury, a z drugiej jest to jednocześnie pomnik przyrody. Jedną z ciekawszych rzeczy jest naturalne jezioro, w którym żyją malutkie, białe i ślepe krabiki. My na tym zakończyliśmy przygodę z Cesarem, ale jeżeli macie ochotę na więcej, to możecie zobaczyć jego dom w miejscowości Haria oraz fundację jego imienia w miejscowości Tahiche. Przydatne informacje dotyczące wizyt w tych dwóch miejscach znajdziecie TUTAJ.

 

Dzień kończymy tak jak pierwszego dnia, czyli zestawem El Golfo, Los Herrvideros oraz Salinas de Janubio. Jedyną różnicą było to, że przyjechaliśmy do El Golfo znacznie wcześniej, więc mieliśmy jeszcze czas na spacer po miasteczku i przejście fragmentu szlaku w stronę Playa del Paso. Ten szlak ma około 9 km i można zrobić pętle, ale my zrobiliśmy jedynie fragment ze względu na ograniczenia czasowe.

 

Dzień 5

Dzisiejszy dzień to właściwie tylko poranek, który spędzamy na spacerze w Arrecife. Tutaj podzielę się z Wami radą, że czasem dobrze jest pozwolić google żeby nas śledził. W Arrecife łatwo nieraz stracić orientację, ze względu na uliczki, które nieraz przebiegają pod dziwnymi kątami oraz kształt tego miasta. Tylko dzięki googlowi udało nam się znaleźć nasz zagubiony samochód i szczęśliwie dojechać na lotnisko 🙂

Na koniec podsumuję, że Lanzarote zrobiło na mnie naprawdę ogromne wrażenie. Była to cudowna wulkaniczna wyspa, która momentami wydawała się ciepłą wersją Islandii, gdzie owce zastąpiono winem. Jest to idealna synteza dla wszystkich osób, które uwielbiają skandynawskie klimaty, a jednocześnie mają w sobie pragnienie słońca i ciepłej wiosny.

99 (1 of 1)

Chile i Argentyna

Ten wpis jest cały czas aktualizowany 🙂 Jeżeli macie dodatkowe pytania zachęcam do kontaktu poprzez fb: @pegazing lub email: pegazing@gmail.com
Chętnie pomogę! 🙂
Dni w podróży
Nasz ogólny plan podróży po Chile i Argentynie, wraz z przydatnymi wskazkówami 🙂
Z Warszawy polecieliśmy do Rzymu, gdzie spędziliśmy dodatkowo jeden pełny dzień, jako before przed główną podróżą. Stamtąd mieliśmy nasz główny lot tj. Rzym-Lyon-Paryż-Santiago liniami Air France.
Okazało się, że AirFrance miało dużo tanich połączeń z Włoch. Początkowo na stronie z tanimi lotami natknęliśmy się na tanie loty do Chile z Mediolanu, ale szybko zostały wykupione. Pomyślałam, że może istnieją promocje z innych włoskich miast i w ten sposób udało mi się znaleźć ten lot z Rzymu. Nie był on nigdzie reklamowany 😉
Od razu po przylocie mieliśmy lot do Punta Arenas liniami wewnętrznymi Sky Airline. Alternatywne tanie linie to LATAM, ale w czasie kiedy my tam byliśmy nyły dużo droższe. W Sky dosyć serio traktowali rozmiary bagażu podręcznego. Mieli karton i nie pozwalali upychać plecaków żeby się zmieściły jeżeli były minimalnie za duże. Nam się upiekło to za każdym razem (lecieliśmy tymi liniami 4 razy) ze względu na imię Przemka, które bardzo zainteresowało pracownice lotniska i zamiast kontroli rozmiarów bagażu dyskutowaliśmy o wymowie imienia Przemysław 😉
Punta Arenas ma zwykle tańsze połączenia niż Puerto Natales, które jest bazą wypdową do Parku Torres del Paine. Nie trzeba odwiedzać Punta Arenas, można od razu z lotniska pojechać do Puerto Natales.

Patagonia

Dzień 1: Punta Arenas
Z racji tego, że byliśmy dość późno, wybraliśmy bliższe Punta Arenas, gdzie poszliśmy na krótki wieczorny spacer i spędziliśmy tam noc.  Było warto odwiedzić to miasteczko, szczególnie ze względu na ciekawą zabudowę, znaki dotyczące ewakuacji w przypadku tsunami, które jest tam realnym zagrożeniem. Spowodowane jest to licznymi trzęsieniami ziemi wynikającymi z położenia Chile na linii dwóch zderzających się ze sobą płyt tektonicznych (płyty Nazca i południowoamerykańskiej).
6_0 (1 of 1)
Dzień 2: Puerto Natales
Pojechaliśmy do Puerto Natales, które jest bazą wypadową do parku Torres del Paine. Warto tutaj podkreślić, że to wciąż jest około 100 km. Chile jest krajem olbrzymich odległości i w czasie planowania warto to sprawdzać. Na mapie wydaje się, że wszystko jest blisko.  W czasie naszej podróży zdecydowaliśmy na transport autokarami zamiast wynajętym samochodem. Było to podyktowane względami finansowymi. Autokary w Chile są dość wygodne. Warto z wyprzedzeniem kupić bilety i pod tym kątem zaplanować podróż. Niektóre połączenia są tylko raz dziennie i determinowały plan naszej podróży.
10_4 (2)
Dzień 3-5: Torres del Paine – trasa i rezerwacja noclegu
Rano wyruszyliśmy do parku Torres del Paine, a dokładnie do Pudeto. Organizacja tej części wyjazdu była dla nas największym wyzwaniem, bo był to pierwszy rok w czasie którego wprowadzono obowiązkowe rezerwacje noclegów w parku. Nikt tego nie sprawdził i nie słyszałam, żeby komuś rzeczywiście sprawdzano te noclegi, ale nie biorę odpowiedzialności za to że zawsze tak będzie.  Na terenie parku działają 3 firmy, które zajmują się noclegami. Noclegi trzeba rezerwować z dużym wyprzedzeniem. My mieliśmy bardzo duże problemy żeby się skontaktować z Vertice Patagonia, w której rezerwowaliśmy noclegi.  Zaczęliśmy ich spamować na wszelkie możliwe sposoby żeby tylko uzyskać informacje. W końcu się to udało kiedy zaczęłam wysyłać maila na rożne kombinacje ich maila tj. zamiast ventas@verticepatagonia.cl wysyłałam na ventas1, ventas2 itd. Z ventas6 uzyskałam odpowiedź, że nie mają żadnych noclegów w wybranym przez nas terminie, ale dzień później z ventas10 dostaliśmy informacje, że są miejsca i w ciągu 4 dni udało się szczęśliwie dokończyć rezerwację 😛
My zdecydowaliśmy się na opcję campingu, ale teraz zdecydowałabym się na wynajęcie łóżka + wypożyczenie śpiworów. Koszt jest dużo wyższy, ale w naszym przypadku mocno by to odciążyło nasze bagaże, ponieważ właściwie tylko w tym parku spaliśmy pod namiotem. Jest też możliwość wynajęcia namiotów na drewnianych platformach, ale one wydawały się zalane – na platformach było sporo wody i wydaje się, że to najgorsza opcja.
15 (1 of 1)
Najbardziej klasyczną trasą w parku jest W-trek (można go robić z obu stron). Istnieje też dłuższa trasa O. Jest bardzo dużo wpisów, szczególnie na angielskich stronach, jakie warianty tej wyprawy są możliwe. Ze względu na ograniczenia czasowe i dostępność miejsc my zrobiliśmy V-trek tzn. mieliśmy dwa noclegi na campingu Paine Grande. Pierwszego dnia, po przyjeździe katamaranem poszliśmy do Glacier Gray (camping Refiugo Grey) i z powrotem, natomiast drugiego dnia poszliśmy do Doliny Francuskiej i z powrotem. Nie udało nam się dojść na tej trasie do ostatniego punktu widokowego tj. Mirador Britanico, ponieważ ostatni fragment był mocno zasypany śniegiem i ludzie znacznie lepiej przygotowani niż my zawracali i radzili nam nie iść dalej. Trzeciego dnia zrobiliśmy mały trekking do Mirador Cuernos w okolicach Pudeto, który choć był krótki, był bardzo fajny na co szczególny wpływ miało spotkanie stada Guanaco po drodze i piękne widoki po drodze.
48_4 (3)
Dzień 6-7: El Calfate i Perito Moreno
Po nocy spędzonej w Puerto Natales wyruszyliśmy rano do El Calafate, które jest w argentyńskiej części Patagonii. Była to najdłuższa podróż autokarem, która wydłużyła się też z powodu kontroli granicznych. El Calafate jest bazą wypadową do lodowca Perito Moreno. Wszędzie oferowane są wycieczki, ale o wiele tańszą opcją jest zakup transferu na dworcu autobusowym. Oni mają w tym doświadczenie, więc czas na zwiedzanie jest też odpowiedni, nawet jeśli początkowo wydaje się za krótki.
67 (1 of 1)
Samo El Calafate jest miasteczkiem, w którym też warto zostać jeden dzień. Zjeść argentyńskiego steka i odwiedzić Lagunę Nimez. Jeżeli poprosicie o steka Well Done, to prawdopodobnie będzie on bardziej krwisty niż osób, które poprosiły o krwisty. Mnie to spotkało i trzeba się z tym zmierzyć 😛 Do moich ulubionych miejsc w El Calafate zdecydowanie należała Laguna Nimez, która jest rajem dla fotografów przyrody. Dużą zaletą był tygodniowy bilet, co sprawiło, że wracając z dalszej części Argentyny przez El Calafate mogliśmy jeszcze raz tam pójść.
58_6 (2)
Dzień 8-11: El Chalten
Kolejny etap naszej podróży to El Chalten, które było dla mnie najfajniejszą częścią tego wyjazdu. Już samo miasteczko, jest uroczą, małą miejscowością, która jeszcze nie zdążyła przesiąknąć komercją. Obowiązkowo polecam miejsce, w którym znajduje się najbardziej klimatyczna czekoladziarnia na świecie – z gorzką czekoladą, podróżniczym klimatem i obsługą tańcząca flamenco na zapleczu. A wszystko to z widokiem na Fitz Roya ❤️
Przyjechaliśmy tam popołudniu, następnie dwa pełne dni spędziliśmy na szlakach, a ostatniego dnia byliśmy w czekoladziarni La Chocolateria Josh Aike, którą polecam. Nocowaliśmy w hostelu Hospedaje Lo de Guille, który szczerze polecam.
Pierwszego dnia poszliśmy do Laguny Cerro Torre, natomiast drugiego do Laguny Los Tres. Oba szlaki warto zrobić. W przypadku Laguny Los Tres warto wziąć pod uwagę, że ostatni odcinek to 1 km, w czasie którego robimy 400 m w górę. Ale pozostała część trasy (łącznie ok. 19 km) to w większości chodzenie po płaskim.

 

 

Dzień 12-14: powrót do Punta Arenas

Ostatnie dni spędziliśmy na powrocie do Punta Arenas, skąd mieliśmy samolot na pustynię Atacama. Po drodze zwiedzieliśmy trochę mniej spektakularnych, ale również ciekawych miejsc i odbyliśmy sporo spacerów po okolicy, w której się znajdowaliśmy, bo jest to jeden z naszych ulubionych sposobów zwiedzania, który przybliża jak żyją ludzie. Z miejsc, które dodatkowo odwiedziliśmy na największą uwagę zasługuje cmentarz w Punta Arenas (jest to dość pozytywne miejsce jak na cmentarz) i muzeum salezjańskie (Museo Maggiorino Borgatello, Salesian Museum) w Punta Arenas. I to koniec naszej Patagonii! Najważniejsze co musicie zrobić na koniec to odwiedzić pomnik Magellana w  Punta Arenas. Wg legendy należy złapać jego palec, żeby powrócić do Punta Arenas. Co prawda sam Magellan znajduje się na samej górze pomnika, a ludzie chwytają palec Indianina, który siedzi niżej, ale też powinno zadziałać. U nas zadziałało 😉

 

Atacama

Dzień 15-16: Pierwsze kroki na Atacamie – informacje, przyjazd, wycieczki i choroba wysokościowa

Kolejne dwa dni w naszej podróży to podróż do San Pedro de Atacama z przesiadką w Santiago, gdzie spędziliśmy też noc. Po drodze mieliśmy dziwną przygodę z właścicielką naszego hostelu, która wybrała się z nami na zakupy i fotografowała nas jak pakowaliśmy bułki w sklepie 😀

Do San Pedro de Atacama najłatwiej się dostać lecąc do Calamy, z której jest bardzo dużo busów. Teraz czas na ważną wskazówkę dla podróżników zestresowanych lotniskami: kupując busa trzeba podać godzinę samolotu, którym będziecie wracać. Na tej podstawie wyznaczany jest czas, kiedy bus przyjedzie po Was do hostelu. Zweryfikujcie ten czas. Nam wyznaczyli go bardzo na styk i wydawało się, że są nawet duże szanse, że się spóźnimy. Lotnisko jest dosyć małe, więc powinno się zdążyć, a oni powinni wiedzieć co robią. My asekuracyjnie napisaliśmy do firmy, że mamy samolot wcześniej i byliśmy trochę wcześniej. Nie wiem czy to było potrzebne, ale na pewno nie było stresu czy zdążymy.

Jeśli chodzi o zwiedzanie pustyni to jest to naprawdę łatwe. W San Pedro de Atacama jest główna ulica, na której jest ogromna ilość biur podróży (poza tą ulicą też) oferujących wycieczki w różne miejsca. Kupując hurtowo na wszystkie dni można liczyć na rabat. Możliwe jest wynajęcie samochodu, albo wycieczki rowerowe, ale nie jest to konieczne i naszym zdaniem te wycieczki są sensownie organizowane. Nasze biuro podróży nazywało się Atacama Explora. Mieliśmy do niego mieszane uczucia, bo w jednej na trzy wycieczki trafił się przewodnik, który słabo mówił po angielsku, pomimo że wycieczka miała być anglojęzyczna.

Kolejna kwestia, która warta jest wspomnienia to choroba wysokościowa, która tam się zdarza. Jest to indywidualna kwestia każdej osoby. Niektórych dopada szybciej, innych później. Przy okazji wycieczek dowiedziałam się, że osobiście w okolicy 3000 – 3500 m npm zaczynam odczuwać wysokość, a powyżej 4000 m npm jest ze mną kiepsko. San Pedro de Atacama leży na wysokości 2500 m npm i niektórzy już tam mogą odczuć dolegliwości. Najważniejsze to pamiętać i powtarzać sobie, że ten tlen tam jest, nie panikować oraz nie biegać. Uważajcie też na Wasze rzeczy – jak byliśmy na 4000 m npm i przewodnik tłumaczył nam żeby nie biegać, to w tle mogliśmy obserwować jak Przemek biegnie goniąc swoją nogawkę od spodni porwaną przez wiatr 🙂 Najważniejsze jednak to nie martwić się na zapas.  Dobrze jest też zaplanować tak wycieczki, żeby te najwyżej położone miejsca były na samym końcu. U nas było odwrotnie i może dlatego odczułam to gorzej.

Kolejna istotna kwestia – wycieczka astronomiczna. W czasie naszego pobytu została odwołana z powodu pełni księżyca. Nie narzekam, bo z księżycem było też piękne, mimo to gwiazdy były widoczne, ale jest też powód żeby wrócić. Jeśli jednak to jest jeden z Waszych priorytetów to sprawdźcie jakie są fazy księżyca.

 

Dzień 16:

Pierwszego dnia wycieczek po pustyni mogliśmy podziwiać piękną łąkę, która była wyjątkowym zjawiskiem związanym z większą ilością opadów w tym najsuchszym na świecie miejscu. Co kilkanaście lat pustynia zakwita i mieliśmy szczęście trafić na ten moment. W czasie tego dnia zobaczyliśmy także Piedra Rojas, solnisko zamieszkałe przez Flamingi oraz Lagunę Miscanti.

179 (1 of 1)

Dzień 17

Drugi dzień wycieczek zaczęliśmy bardzo wcześnie. Nasz bus zabrał nas o 4 rano, żebyśmy mogli zdążyć podziwiać gejzery, których aktywność jest w godzinach porannych. Bilet wstępu był dość drogi i przyznam, że było to największe rozczarowanie w tej podróży. Jeżeli widzieliście już kiedyś gejzery, szczególnie na Islandii, to niestety nie polecamy. Na pocieszenie, tego dnia czekała nas jeszcze wioska z hodowlą lam (i grillowanymi szaszłykami z lamy), dolina kaktusów oraz magiczna dolina księżycowa, gdzie wyrusza się oglądać zachód słońca.

224 (1 of 1)

 

Dzień 18

Ostatni dzień na Atacamie to odprężająca wycieczka do Laguny Cejar, gdzie można się trochę wykąpać, a następnie zachód słońca nad solniskiem.

246 (1 of 1)

 

Dzień 19-20

Ostatnie półtorej dnia (odliczając transport z Atacamy) to zwiedzanie Santiago de Chile. Zdecydowanym faworytem tej części wyjazdu jest Muzeum Sztuki Prekolumbijskiej, gdzie możecie zobaczyć naprawdę wyjątkowe eksponaty.

266 (1 of 1)

 

Dzień 21

Żegnamy Chile i Argentynę! A Was zachęcamy do obserwowania naszego facebooka oraz instagrama 🙂

300

 

 

 

 

Dubaj Tradycyjnie

Jadąc do Dubaju spodziewałam się przepychu i nowoczesności. Wszystko to tam znalazłam. Najwyższy budynek świata, ogromne wieżowce, Chanel, Versace, Dior, a nawet wielkie lodowisko i wodospady w centrum handlowym. Ekskluzywne taksówki jeżdżące po wspomnianym Dubai Mall też. Jednakże cały ten przepych przeplata się z surową tradycją i wielokulturowością tworząc niesamowitą mieszankę. I chyba właśnie ten efekt podobał mi się najbardziej.

Zwiedzanie rozpoczynamy w dzielnicy Deira. W czasie spaceru wyraźnie widać zmiany na wystawach sklepowych. Zaczynając, widzimy praktycznie same hidżaby i burki. Później przechodzimy przez ulicę jubilerską, widzimy największy pierścionek świata. Dalej pojawia się ostry zapach przypraw i kolorowe ubrania. Sprzedawane na bazarach spódnice, chusty i przyprawy przywodzą na myśl „kolorowe Indie”, o których się czasem czyta, kiedy ktoś je wesoło opisze. Niektórzy turyści mówią o tej okolicy „mini-India”. Jesteśmy jedynymi kupującymi i przechodzimy przez uliczkę, w której sklepy są po obu stronach. Cały czas wychodzą do nas sprzedawcy. Czuję się trochę jak na kolonii kiedy szłam przez tunel kolonistów i wszyscy coś krzyczeli i próbowali uderzyć mnie pokrzywą. Dziewczyny, jeśli macie jasne włosy to od sprzedawców dostajecie ksywkę „Shakira”, a jeśli nie, to „Maria”. Możecie na to reagować, ale lepiej nie 😉

356111213www.pegazing.wordpress.com15161819

Przeprawiamy się przez rzekę do historycznej dzielnicy Bur Dubaj. Taka przeprawa to świetna zabawa, która kosztuje zaledwie 1 dirhama. Trzeba jednak uważać, żeby nie dać się namówić w tej okolicy na rejs wycieczkowy. Choć jest to atrakcja w Dubaju, to nie w tej okolicy. No chyba, że ktoś bardzo chce. Ostatecznie można wszystko. Od początku towarzyszą nam meczety i majaczące w dali minarety. W tej dzielnicy nie jest inaczej.

172021

Będąc w Dubaju nie sposób ominąć tego z czego Dubaj słynie. Centra handlowe, Burj Khalifa, Burj al-Arab i wiele więcej robią niesamowite wrażenie. Jednak, tak jak pisałam na początku, w całej tej nowoczesności nie da się zapomnieć o surowej tradycji. W sklepach słychać wezwania do modlitwy, a miejsca do modlitwy i meczety są co chwile. Na ulicach często słychać śpiew płynący z meczetów. Jeżeli planujecie wizytę w Dubaju i łatwo Was obudzić, to zadbajcie o pokój z daleka od meczetu. Inaczej każdego dnia będziecie budzeni modlitwą. W jednym ze sklepów znalazłam dział z wieprzowiną. Był nieco oddzielony od sklepu i wyraźnie było napisane „only for non-muslims”.  Do meczetów nie można wchodzić, ale jeden z nich – Jumeirah, można odwiedzić każdego dnia o 10. Oprócz zwiedzania z wykładem możemy skosztować przysmaków kuchni arabskiej, które nawet tak wybrednej osobie jak ja smakowały. Na wykładzie można się dowiedzieć m.in. o tym, że mężczyźni zdradzają żony i tylko w islamie kochanka może stać się drugą żoną, co jest formą szacunku dla kobiet. Ogólnie temat kobiet i szacunku ze względu na to, że jest to kraj arabski jest mocno kontrowersyjny. Z jednej strony chwali się, że Dubaj jest bardzo bezpieczny dla kobiet. Istnieją na przykład taksówki z różowym dachem przeznaczone tylko dla kobiet i prowadzone przez kobiety, czy też specjalny przedział dla kobiet w metrze. Z drugiej strony, to wszystko istnieje, bo jest potrzebne.

9871012

Pisałam wcześniej o bazarach. Wiadomo jak one wyglądają. Pomimo tego co w jednym ze sklepików odkrywamy całkiem porządną windę… Od nowoczesności nie da się uciec 😉

                4