Tajlandia – Informacje przed wyjazdem

Cześć! Mam nadzieję, że ten wpis pomoże Ci w przygotowaniach do podróży. Jeżeli jednak wciąż masz wątpliwości lub dodatkowe pytania zachęcam do kontaktu poprzez  komentarz, fb: @pegazing lub email: pegazing@gmail.com Chętnie pomogę 🙂

 

Loty

Pierwszą sprawą do zaplanowania przed wyjazdem do Tajlandii był naturalnie zakup biletów lotniczych. My je kupiliśmy pół roku wcześniej, kiedy pojawiły się pierwsze promocyjne bilety, później taka cena powtórzyła się na około 2 tygodnie przed wyjazdem. Jak to często bywa w przypadku tanich biletów, przesiadki były dziwnie skonstruowane i tak lecieliśmy na trasie Warszawa-Londyn-Hongkong-Bangkok.  Lot na trasie Hongkong-Bangkok był obsługiwany przez Cathay Pacific, pozostałe przez British Airways.

Pozostałe loty, wewnętrzne liniami Air Asia, zakupiliśmy na trasach:

  • Bangkok – Chiang Mai
  • Chiang Mai- Surat Thani
  • Surat Thani – Bangkok

Loty do i z Surat Thani, które było naszą bazą wypadową na wyspę Koh Phangan były absurdalnie tanie, ale też mało wygodne, ponieważ trzeba było jeszcze przeprawić się promem. Z perspektywy czasu wybrałabym droższy lot, bezpośrednio na wyspę. Jeśli jednak chodzi o prom, to kupowaliśmy na miejscu bilety, tuż przed początkiem rejsu.

Szczepienia

Najlepiej porozmawiać z lekarzem, ale jeżeli nie wybieracie się do dżungli, to specjalne szczepienia nie są potrzebne. Choć zawsze warto mieć szczepienie na WZW A. My nie mieliśmy żadnych szczepień z powodu szczytu wyjazdów do Azji i braku dostępnych szczepionek. Jeżeli więc planujecie się zaszczepić to pomyślcie o tym z wyprzedzeniem. Jeśli chodzi o samo WZW A, to w przypadku braku tych szczepionek w standardowych przychodniach medycyny tropikalnej (w Warszawie polecam przychodnię na ul. Nugat 3), powinny być dostępne w sieci Lux Med. Są oczywiście droższe (o ok. 100 zł), ale są i uratowało mnie to, jak musiałam zaszczepić się drugą dawką, która nigdzie nie była dostępna.

Narkotyki

Sytuacje, w których ktoś trafia do tajskiego więzienia z powodu podrzucenia narkotyków są bardzo medialne i wiele osób się tego obawia. Jednak prawda jest taka, że nie są to uzasadnione obawy. Wystarczy nie przemycać narkotyków, nie brać przesyłek od nieznajomych i generalnie unikać wszelkich podejrzanych kontaktów. Jeżeli chcesz zgłębić ten temat, to zachęcam do lektury książki 12 x śmierć. Piekło w raju. Michała Pauli.  Na pewno znajdziesz w internecie też drugi biegun – ludzi chwalących się, że wszystko spoko, że palili tam trawkę i nic się nie stało. Ale ja uważam, że to już głupota, bo oni jednak są na to wyczuleni, już lepiej jechać do Holandii 😉

Bilety wstępu

Wszystkie bilety wstępu kupowaliśmy na miejscu. Jedynym wyjątkiem było sanktuarium słoni Elephant Nature Park. Według naszego researchu przed wyjazdem, jest to pierwsze tego typu miejsce w Tajlandii i jedyne bądź naprawdę jedno z dwóch-trzech, gdzie naprawdę ratuje się słonie. Z powodu mody na eko i sanktuaria, wiele miejsc udaje sanktuaria windując dodatkowo ceny w górę. Najłatwiejszym, choć nie jedynym, wyznacznikiem których miejsc unikać jest możliwość jazdy na słoniu. Podróżujmy świadomie, unikajmy jazd na słoniach, świątyni tygrysów i innych tego typu atrakcji. Tajlandia naprawdę jest piękna i nie musimy przysparzać cierpienia niewinnym stworzeniom.

Zatrucia

Niestety jestem specjalistką od zatruć pokarmowych. Czasami po prostu nie da się uniknąć zatrucia i nie jest to kwestia jedzenia, tylko innej flory bakteryjnej. Wszystko zależy od wrażliwości naszego żołądka. Mimo to, warto przestrzegać podstawowych zasad higieny, zwracać uwagę czy sprzedawcy na ulicy nie dotykają naszego jedzenia brudnymi rękoma. Szczególnie tyczy się to owoców.  Zwróćcie uwagę, że sprzedawcy popularnych naleśników z bananami obierają banany w taki sposób, żeby czasem nie dotknąć ich rękoma. Bardzo też trzeba uważać na wodę, a tym samym lody i napoje z lodem. Jeżeli macie gdzieś wątpliwości, czy na pewno dostaniecie czystą wodę, najlepiej poprosić o gazowaną, bo trudniej ją podrobić. Aczkolwiek w czasie naszego wyjazdu nie było takich sytuacji. A jeżeli już się zatrujecie i po zatruciu będziecie w stanie zacząć jeść cokolwiek, to w Tajlandii jest bardzo prosto wrócić do jedzenia. Wystarczy poprosić sprzedawców na ulicy o woreczek gotowanego ryżu, który w przeliczeniu kosztuje około złotówki. Czasami też wyjściem jest McDonald. Nie jestem fanem tego miejsca, unikam jedzenia tam, ale prawda jest taka, że w McDonaldzie jedzenie jest tak przetworzone, że raczej nie ma szansy tam się niczym zatruć.

 

 

 

 

Reklamy

Wyspy Kanaryjskie: Lanzarote

Cześć! Mam nadzieję, że ten wpis pomoże Ci w przygotowaniach do podróży. Jeżeli jednak wciąż masz wątpliwości lub dodatkowe pytania zachęcam do kontaktu poprzez fb: @pegazing lub email: pegazing@gmail.com Chętnie pomogę 🙂

Wstęp

Przed wyjazdem na Wyspy Kanaryjskie długo nie mogłam się zdecydować, na którą wyspę się wybrać. Ostatecznie wybór padł na Lanzarote i Teneryfę, które postanowiliśmy zrobić w jednej podróży. Dla przejrzystości rozbiłam te wpisy na dwa, żeby osobom będącym zainteresowanym wyłącznie jedną wyspą było wygodniej zapoznać się z naszym planem podróży.  Jeżeli jednak jesteście zainteresowani połączeniem dwóch wysp, to potraktujcie ten plan jako dni od trzeciego do siódmego. Jeśli chodzi o transport pomiędzy wyspami to istnieje wewnętrzna linia Binter, czyli śmieszne małe samolociki, które szybko zaczynają lądować 🙂 Można też płynąć promem, ale jest to o wiele bardziej czasochłonne.

Dzień 1: El Golfo, Los Hervideros, Salinas de Janubio

Informacje praktyczne

Na Lanzarote przylecieliśmy w połowie dnia i pierwsze co zrobiliśmy to wynajęliśmy samochód. Jest kilka różnych wypożyczalni, ale bardzo dużo osób poleca AutoReisen. Nasza opinia na ich temat jest jak najbardziej pozytywna, łącznie wypożyczaliśmy tam samochód trzy raz (raz na Lanzarote i dwa razy na Teneryfie). Przede wszystkim jest to dosyć bezproblemowa wypożyczalnia. Poziom benzyny musi się zgadzać mniej więcej i nie jest to ściśle kontrolowane. Przy oddawaniu samochodu oddaje się kluczyk pani w okienku lub wrzuca do skrzynki i tyle. Nie mieliśmy żadnych problemów, a na Lanzarote trafiła nam się nawet lepsza wersja samochodu, bo wszystkie najtańsze były wypożyczone.

Nocowaliśmy w Nazarecie w Lovely Apartament i muszę powiedzieć, że jednocześnie go polecam, a jednocześnie ostrzegam 😉 Jest to niewątpliwie apartament o wysokim standardzie w korzystnej cenie, ale jest też sutereną. Dla nas nie było to problemem, ale warto wiedzieć wcześniej, żeby się nie zaskoczyć.  Właściwie największą wadą było to, że momentami tam było zimno, ale mieliśmy suszarkę, więc i to nie było problemem.

Zwiedzanie

Po dotarciu do hotelu wydawało się, że jest dosyć późno i niewiele już zobaczymy, ale znalazłam tak idealny plan, że powtórzyliśmy go ostatniego dnia. Wybraliśmy się zobaczyć plażę El Golfo wraz z Charco Verde i El Lago Verde. Jest tam  spory i darmowy parking od strony miasteczka El Golfo, tuż przy restauracji El Siroco. Stamtąd już tylko dwa kroki, żeby zobaczyć niesamowitą plażę, jezioro i różnorodne formacje skalne. GPS pokazał nam lokalizację z drugiej strony jeziora, ale w czasie kiedy tam byliśmy tamta droga była zamknięta, a miejsce na samochód przy poboczu było bardzo niepewne.

Kolejny punkt na trasie to Los Hervideros znajdujące się zaledwie 5 min jazdy (4,4 km) od parkingu. Los Hervideros to klify, o które cały czas uderzają ogromne fale. Jest możliwość zejścia trochę niżej, żeby z bezpiecznego poziomu obserwować je z bliższej odległości. Jednym z ciekawszych elementów jest miejsce, w którym spotykają się ze sobą dwie fale i zderzają ze sobą. Jest to jedno z najlepszych miejsc na obserwowanie zachodu słońca, szczególnie że oprócz oceanu mamy też góry, które nabierają coraz to piękniejszych barw.

Ostatni punkt wycieczki to punkt widokowy Mirador Salinas de Janubio z widokiem na solnisko. Jest on oddalony od Los Hervideros o kolejne 5 min (3,7 km). Idealne miejsce na zakończenie dnia. To znaczy, że na zaledwie 10 minutowym odcinku drogi możemy znaleźć aż trzy różnorodne atrakcje. Dodatkowo, punkt widokowy Mirador Salinas de Janubio leży kilometr od głównej drogi, LZ-2, którą najprawdopodobniej będziecie wracać. Ogólnie, zauważyłam, że większość transportu na Lanzarote polega na tym, że najpierw trzeba pojechać do głównej drogi LZ-1 lub LZ-2 i pojechać nią na wysokość odwiedzanego miejsca i dopiero wtedy jechać mniejszymi uliczkami.

 

 

Dzień 2: Timanfaya, La Geria, Mirador del Rio, Cueva de los Verdes, Ogród Kaktusów

Drugi dzień na Lanzarote zaczynamy jedną z największych atrakcji, czyli wizytą w Parku Narodowym Timanfaya. Wyjątkowość tego miejsca, to nie tylko 51 km^2 wulkanicznego krajobrazu, ale też silna aktywność geotermiczna, która sprawia że na głębokości 13 m rejestruje się temperatury do ok 610 stopni Celsjusza. Jednak bardziej przemawiający do wyobraźni przykład to 277 stopni na głębokości do 10 cm 🙂 I naprawdę tak jest! Jedną z atrakcji dla turystów jest pan, który kopie mały dołek (2-3 cm głębokości) i wręcza kamyki. Niestety dostałam tą gorszą partię, więc szybko się poparzyłam, krzyknęłam i je wypuściłam z rąk. I tyle z tego było 😀 Inne rzeczy, które możemy tam zobaczyć to znacznie większy dołek, do którego wsypuje się chrust, który szybko zaczyna dymić i płonąć. Nie dziwi już więc symbol parku, którym jest diabeł, jesteśmy w końcu w piekle. Oprócz tego możemy zobaczyć sztuczny gejzer (do długiej, wkopanej w ziemię tuby wlewa się wodę, która pod wpływem temperatury błyskawiczne paruje), a także pieczone ziemniaczki. To wszystko co tutaj opisałam jest dostępne przy głównym parkingu dla turystów, tuż przy restauracji. Natomiast pozostałą część parku można zwiedzać na trzy sposoby. Warto podkreślić, że każdy sposób, to inna część parku:

  • Autokarem – Jest to podstawowy sposób, po parku nie możemy się samodzielnie poruszać samochodem ani pieszo. Dostęp jest jedynie od kasy, do głównego parkingu. Z autobusu nie można wysiadać, a zdjęcia trzeba robić przez szybę. Początkowo byłam tym zniechęcona, ale okazało się, że było naprawdę fajnie. Na pewno udział w tym miało też to, że udało nam się trafić najlepsze miejsca, tj. w pierwszym rzędzie i dzięki temu mogliśmy więcej zobaczyć. Kierowca opowiadał wiele interesujących rzeczy, czasem przyspieszał gwałtownie, żeby zahamować nad przepaścią, a wszystko to przy piekielnej muzyce, czyli najbardziej dramatycznych momentach Requiem in D Minor Mozarta.
  • Wielbłądem – Jest to z pewnością interesujący sposób zwiedzania parku. Przejażdżka trwa jednak bardzo krótko tj. około 15-20 minut. Wielbłąd kosztuje około 12 euro i jest to cena za dwie osoby (nie siedzimy na samej górze, tylko w koszach po bokach wielbłąda). Obejmuje oprowadzanie po bardzo małym kawałku parku (dostępnym za darmo z ulicy) z widokiem na jego właściwą część. Na Lanzarote są też dłuższe, godzinne wycieczki na wielbłądach siedząc na górze, ale nie byliśmy tam, ponieważ wielbłądy nie były głównym celem naszej wyprawy. Nie są to też oficjalne wycieczki tego parku. Jeśli chodzi o ten sposób, to muszę powiedzieć, że bardzo dawno nie robiłam czegoś co było tak bardzo pod turystów i tak bardzo komercyjne. Było to aż śmieszne 🙂 Z racji tego, że podróżujemy świadomie unikamy miejsc, gdzie krzywdzi się zwierzęta. Właśnie dlatego unikamy wszelkich atrakcji ze zwierzętami, które powodowały ich cierpienie, ponieważ nie wspieramy tego typu działalności. Na wyspach kanaryjskich jest to między innymi Loro Park, który stanowczo odradzam. Bardzo zależy nam na podróżowaniu w sposób moralny. Według researchu, który przeprowadziłam, tym wielbłądom nie dzieje się krzywda i są dobrze traktowane.
  • Pieszo – w ramach zorganizowanych wycieczek. Nam na to zabrakło czasu, ale niezbędne informacje dostępne są na tej stronie.

Inne przydatne informacje dotyczące Parku Timanfaya:

  • Warto przyjechać sporo wcześniej, przed otwarciem parku. My przyjechaliśmy około 25 minut wcześniej, a i tak jak byliśmy drudzy w kolejce. Ale im bliżej godziny otwarcia, tym bardziej się cieszyliśmy, że przyjechaliśmy wcześniej, bo korek zrobił się niesamowity.
  • Warto wcześniej się zastanowić (przed tą lub przed inną biletowaną atrakcją), jakie rzeczy chcemy zobaczyć. Możliwy jest zakup biletów na kilka atrakcji i jest to o wiele bardziej opłacalne niż kupowanie pojedynczo. Dokładne informacje znajdziesz tutaj.

 

 

Kolejny punkt na naszej drodze to La Geria i wino! 12 minut od Parku Timanfaya. Jedziemy! La Geria to przede wszystkich krajobraz znajdujący się pod ochroną. Wykopane w żużlu wulkanicznych dołki na winorośl znalazły się pod ochroną UNESCO. Oprócz podziwiania krajobrazu możemy jeszcze zasmakować w winie i żeby to zrobić w tym unikalnym miejscu, mamy do wyboru jedną lub obie ze znajdujących się naprzeciwko siebie winiarni:

  • Bodegas La Geria – wycieczki z przewodnikiem organizowane są od poniedziałku do piątku o godzinie 14:00. Wycieczka kosztuje 9 euro (dla dzieci poniżej 12 roku życia jest za darmo) i trwa około 45 minut, a w jej czasie przewidziana jest także degustacja dwóch win. Wycieczkę należy wcześniej zarezerwować mailowo.
  • Bodegas Rubicón –  wycieczki odbywają się bez przewodnika, za darmo, od 10 do 20 codziennie. Można spokojnie spacerować po winiarni i niespiesznie wszystko zobaczyć. My wybraliśmy tę opcję. W czasie naszego pobytu były też degustacje trzech rodzajów win wraz z serami i  przekąską za 3,5 euro, co dodatkowo zachęciło mnie do zakupu całej butelki wina za 10 euro.  Na stronie widziałam teraz tylko opcję degustacji za 8 euro win z gorzką czekoladą i owocami, więc najprawdopodobniej oferta ta się rozszerza/zmienia i trzeba na bieżąco sprawdzać. Z tego co widziałam, tam też są organizowane wycieczki z przewodnikiem.

 

To był bardzo aktywny dzień, a jesteśmy dopiero w połowie. Kolejnymi punktami na mapie są Mirador del Rio, Cueva de Los Verdes oraz Ogród Kaktusów. Jeżeli odwiedzicie Cueva de Los Verdes to można odwiedzić też jednocześnie Jameos del Agua, są one bardzo blisko siebie. My na początku odpuściliśmy Jameos del Agua, ale wróciliśmy tam pod koniec wyjazdu, ponieważ okazało się, że jednak mamy na to czas. Mirador del Rio to przepiękny punkt widokowy, w tym na wyspę La Graciosa, na którą są organizowane wycieczki. Cueva de Los Verdes to bardzo ciekawe miejsce z pewną niespodzianką, o której nie należy nigdzie pisać – trzeba to miejsce odwiedzić, żeby to zobaczyć. Nie szukajcie spoilerów, bo szkoda tracić to co można zobaczyć 🙂 Ogród kaktusów to zdecydowanie najbardziej ciekawy ogród botaniczny, w którym byliśmy i zdecydowanie warto. Dzień kończymy jadąc do Arrecife bocznymi drogami, żeby pooglądać sobie inne zakątki wyspy niż te przy autostradzie. Zatrzymujemy się między innymi w Teguise gdzie spędzamy trochę czasu spacerując.

 

Dzień 3: Caldera Blanca, Papagayo

Dzisiejsze przedpołudnie poświęcamy na trekking na Caldera Blanca. My nasz spacer zaczęliśmy w miejscowości Mancha Blanca przy kaplicy Ermita de Los Dolores, gdzie według broszury informacyjnej, którą znalazłam w internecie zaczynał się nasz szlak. Nie okazało się to do końca prawdą, właściwy szlak zaczął się dużo dalej i dostępny jest spory parking. Ta część nie jest obsługiwana przez google street view, dlatego nie mogliśmy tego zobaczyć wcześniej, ale parking mieści się na drodze Camina al Crater, a jego przybliżone współrzędne to 29°02’37.6″N 13°41’49.6″W. Z drugiej strony startując z Mancha Blanca mieliśmy okazję zobaczyć parę ciekawych lokalnych miejsc, w tym zaliczyć bar, w którym jadają lokalsi i zjeść jedną z moich ulubionych potraw na Lanzarote, czyli lokalny ser z dżemem z kaktusa. Wiem, że to brzmi bardo dziwnie, ale było pyszne!

Niezależnie od tego, gdzie zdecydujecie się startować przyjdzie Wam przejść szlakiem, który jest przedłużeniem drogi Camino al Crater. Dalej szlak wiedzie prosto, aż do Montana Caldereta. Tam można na chwilę zboczyć ze szlaku i przejść się po większym lub mniejszym fragmencie środka tego krateru. Można to zrobić także w drodze powrotnej. Idąc dalej szlakiem dojdziemy do rozwidlenia. My poszliśmy w lewo kierując się na wejście na krater od strony wschodniej. Polecam ten wybór, ponieważ wydaje mi się, że wejście od strony zachodniej byłoby trudniejsze.  Na górze pokonuje się około trzy czwarte krateru obchodząc go dookoła. Na pozostałym odcinku nie ma szlaku. Zaczynając od strony wschodniej trzeba się więc kierować w lewo, a zaczynając od strony zachodniej w prawo. W ten sposób dochodzi się do zejścia po drugiej stronie.  Po drodze zaliczamy też najwyższy punkt, z którego jest widok na Park Timanfaya. Schodząc z góry dojdziemy do ścieżki, która jest tą samą ścieżką, którą przyszliśmy i wracamy nią na parking/do Mancha Blanca.

Po tym spacerze wybraliśmy się na wielbłądy, które dokładniej opisałam przy okazji Parku Timanfaya w poprzednim dniu, a następnie pojechaliśmy na Papagayo Beach.  Temperatura wody była akceptowalna dla niewielu osób. Nie jestem morsem, ale dużo mogę znieść, dzięki temu że zaprawił mnie kiedyś uniwersytecki basen, więc mi się podobało. Zostaliśmy tam aż do zachodu słońca, głównie spacerując po okolicy, która też była interesująca. Z informacji praktycznych, przy Papagayo jest spory parking. Niestety droga, która do niego prowadzi jest płatną szutrówką. W dniu, w którym byliśmy nie pobierali akurat opłat, ale sporo osób na to narzeka i trzeba się po prostu przygotować na wydatek, z którego być może nie będziemy zadowoleni.

 

Dzień 4: Cesar Manrique, Lagomar, Jameos del Agua, El Golfo

Dzisiejszy dzień upływa nam pod znakiem Cesara Manrique. Był on architektem, który zaprojektował wyspę i zadbał o jej architektoniczną spójność – większość mniejszych miejscowości to białe domki z zielonymi okiennicami i drzwiami. Oprócz tego na całej wyspie można spotkać wykonane przez niego rzeźby, zdobiące też ronda – zwróćcie na nie uwagę. Zaprojektował również wiele innych rzeczy, a jego styl cechowało wykorzystanie naturalnych skał i jam sklanych jako elementów jego projektów.

Zwiedzanie zaczęliśmy od jednego z domów, które zaprojektował tj. Lagomar mieszczący się w Nazarecie. Nasza wizyta w tym miejscu była wyjątkowa, ponieważ byliśmy praktycznie sami i mieliśmy wyjątkowego kociego przewodnika, który przeszedł z nami praktycznie całą trasę.

Kolejny punkt wyprawy to Jameos del Agua, czyli jaskinia w którą Cesar Manrique wkomponował basen, audytorium i restauracje. Z jednej strony jest to przykład interesującej architektury, a z drugiej jest to jednocześnie pomnik przyrody. Jedną z ciekawszych rzeczy jest naturalne jezioro, w którym żyją malutkie, białe i ślepe krabiki. My na tym zakończyliśmy przygodę z Cesarem, ale jeżeli macie ochotę na więcej, to możecie zobaczyć jego dom w miejscowości Haria oraz fundację jego imienia w miejscowości Tahiche. Przydatne informacje dotyczące wizyt w tych dwóch miejscach znajdziecie TUTAJ.

 

Dzień kończymy tak jak pierwszego dnia, czyli zestawem El Golfo, Los Herrvideros oraz Salinas de Janubio. Jedyną różnicą było to, że przyjechaliśmy do El Golfo znacznie wcześniej, więc mieliśmy jeszcze czas na spacer po miasteczku i przejście fragmentu szlaku w stronę Playa del Paso. Ten szlak ma około 9 km i można zrobić pętle, ale my zrobiliśmy jedynie fragment ze względu na ograniczenia czasowe.

 

Dzień 5

Dzisiejszy dzień to właściwie tylko poranek, który spędzamy na spacerze w Arrecife. Tutaj podzielę się z Wami radą, że czasem dobrze jest pozwolić google żeby nas śledził. W Arrecife łatwo nieraz stracić orientację, ze względu na uliczki, które nieraz przebiegają pod dziwnymi kątami oraz kształt tego miasta. Tylko dzięki googlowi udało nam się znaleźć nasz zagubiony samochód i szczęśliwie dojechać na lotnisko 🙂

Na koniec podsumuję, że Lanzarote zrobiło na mnie naprawdę ogromne wrażenie. Była to cudowna wulkaniczna wyspa, która momentami wydawała się ciepłą wersją Islandii, gdzie owce zastąpiono winem. Jest to idealna synteza dla wszystkich osób, które uwielbiają skandynawskie klimaty, a jednocześnie mają w sobie pragnienie słońca i ciepłej wiosny.

99 (1 of 1)

Chile i Argentyna

Ten wpis jest cały czas aktualizowany 🙂 Jeżeli macie dodatkowe pytania zachęcam do kontaktu poprzez fb: @pegazing lub email: pegazing@gmail.com
Chętnie pomogę! 🙂
Dni w podróży
Nasz ogólny plan podróży po Chile i Argentynie, wraz z przydatnymi wskazkówami 🙂
Z Warszawy polecieliśmy do Rzymu, gdzie spędziliśmy dodatkowo jeden pełny dzień, jako before przed główną podróżą. Stamtąd mieliśmy nasz główny lot tj. Rzym-Lyon-Paryż-Santiago liniami Air France.
Okazało się, że AirFrance miało dużo tanich połączeń z Włoch. Początkowo na stronie z tanimi lotami natknęliśmy się na tanie loty do Chile z Mediolanu, ale szybko zostały wykupione. Pomyślałam, że może istnieją promocje z innych włoskich miast i w ten sposób udało mi się znaleźć ten lot z Rzymu. Nie był on nigdzie reklamowany 😉
Od razu po przylocie mieliśmy lot do Punta Arenas liniami wewnętrznymi Sky Airline. Alternatywne tanie linie to LATAM, ale w czasie kiedy my tam byliśmy nyły dużo droższe. W Sky dosyć serio traktowali rozmiary bagażu podręcznego. Mieli karton i nie pozwalali upychać plecaków żeby się zmieściły jeżeli były minimalnie za duże. Nam się upiekło to za każdym razem (lecieliśmy tymi liniami 4 razy) ze względu na imię Przemka, które bardzo zainteresowało pracownice lotniska i zamiast kontroli rozmiarów bagażu dyskutowaliśmy o wymowie imienia Przemysław 😉
Punta Arenas ma zwykle tańsze połączenia niż Puerto Natales, które jest bazą wypdową do Parku Torres del Paine. Nie trzeba odwiedzać Punta Arenas, można od razu z lotniska pojechać do Puerto Natales.

Patagonia

Dzień 1: Punta Arenas
Z racji tego, że byliśmy dość późno, wybraliśmy bliższe Punta Arenas, gdzie poszliśmy na krótki wieczorny spacer i spędziliśmy tam noc.  Było warto odwiedzić to miasteczko, szczególnie ze względu na ciekawą zabudowę, znaki dotyczące ewakuacji w przypadku tsunami, które jest tam realnym zagrożeniem. Spowodowane jest to licznymi trzęsieniami ziemi wynikającymi z położenia Chile na linii dwóch zderzających się ze sobą płyt tektonicznych (płyty Nazca i południowoamerykańskiej).
6_0 (1 of 1)
Dzień 2: Puerto Natales
Pojechaliśmy do Puerto Natales, które jest bazą wypadową do parku Torres del Paine. Warto tutaj podkreślić, że to wciąż jest około 100 km. Chile jest krajem olbrzymich odległości i w czasie planowania warto to sprawdzać. Na mapie wydaje się, że wszystko jest blisko.  W czasie naszej podróży zdecydowaliśmy na transport autokarami zamiast wynajętym samochodem. Było to podyktowane względami finansowymi. Autokary w Chile są dość wygodne. Warto z wyprzedzeniem kupić bilety i pod tym kątem zaplanować podróż. Niektóre połączenia są tylko raz dziennie i determinowały plan naszej podróży.
10_4 (2)
Dzień 3-5: Torres del Paine – trasa i rezerwacja noclegu
Rano wyruszyliśmy do parku Torres del Paine, a dokładnie do Pudeto. Organizacja tej części wyjazdu była dla nas największym wyzwaniem, bo był to pierwszy rok w czasie którego wprowadzono obowiązkowe rezerwacje noclegów w parku. Nikt tego nie sprawdził i nie słyszałam, żeby komuś rzeczywiście sprawdzano te noclegi, ale nie biorę odpowiedzialności za to że zawsze tak będzie.  Na terenie parku działają 3 firmy, które zajmują się noclegami. Noclegi trzeba rezerwować z dużym wyprzedzeniem. My mieliśmy bardzo duże problemy żeby się skontaktować z Vertice Patagonia, w której rezerwowaliśmy noclegi.  Zaczęliśmy ich spamować na wszelkie możliwe sposoby żeby tylko uzyskać informacje. W końcu się to udało kiedy zaczęłam wysyłać maila na rożne kombinacje ich maila tj. zamiast ventas@verticepatagonia.cl wysyłałam na ventas1, ventas2 itd. Z ventas6 uzyskałam odpowiedź, że nie mają żadnych noclegów w wybranym przez nas terminie, ale dzień później z ventas10 dostaliśmy informacje, że są miejsca i w ciągu 4 dni udało się szczęśliwie dokończyć rezerwację 😛
My zdecydowaliśmy się na opcję campingu, ale teraz zdecydowałabym się na wynajęcie łóżka + wypożyczenie śpiworów. Koszt jest dużo wyższy, ale w naszym przypadku mocno by to odciążyło nasze bagaże, ponieważ właściwie tylko w tym parku spaliśmy pod namiotem. Jest też możliwość wynajęcia namiotów na drewnianych platformach, ale one wydawały się zalane – na platformach było sporo wody i wydaje się, że to najgorsza opcja.
15 (1 of 1)
Najbardziej klasyczną trasą w parku jest W-trek (można go robić z obu stron). Istnieje też dłuższa trasa O. Jest bardzo dużo wpisów, szczególnie na angielskich stronach, jakie warianty tej wyprawy są możliwe. Ze względu na ograniczenia czasowe i dostępność miejsc my zrobiliśmy V-trek tzn. mieliśmy dwa noclegi na campingu Paine Grande. Pierwszego dnia, po przyjeździe katamaranem poszliśmy do Glacier Gray (camping Refiugo Grey) i z powrotem, natomiast drugiego dnia poszliśmy do Doliny Francuskiej i z powrotem. Nie udało nam się dojść na tej trasie do ostatniego punktu widokowego tj. Mirador Britanico, ponieważ ostatni fragment był mocno zasypany śniegiem i ludzie znacznie lepiej przygotowani niż my zawracali i radzili nam nie iść dalej. Trzeciego dnia zrobiliśmy mały trekking do Mirador Cuernos w okolicach Pudeto, który choć był krótki, był bardzo fajny na co szczególny wpływ miało spotkanie stada Guanaco po drodze i piękne widoki po drodze.
48_4 (3)
Dzień 6-7: El Calfate i Perito Moreno
Po nocy spędzonej w Puerto Natales wyruszyliśmy rano do El Calafate, które jest w argentyńskiej części Patagonii. Była to najdłuższa podróż autokarem, która wydłużyła się też z powodu kontroli granicznych. El Calafate jest bazą wypadową do lodowca Perito Moreno. Wszędzie oferowane są wycieczki, ale o wiele tańszą opcją jest zakup transferu na dworcu autobusowym. Oni mają w tym doświadczenie, więc czas na zwiedzanie jest też odpowiedni, nawet jeśli początkowo wydaje się za krótki.
67 (1 of 1)
Samo El Calafate jest miasteczkiem, w którym też warto zostać jeden dzień. Zjeść argentyńskiego steka i odwiedzić Lagunę Nimez. Jeżeli poprosicie o steka Well Done, to prawdopodobnie będzie on bardziej krwisty niż osób, które poprosiły o krwisty. Mnie to spotkało i trzeba się z tym zmierzyć 😛 Do moich ulubionych miejsc w El Calafate zdecydowanie należała Laguna Nimez, która jest rajem dla fotografów przyrody. Dużą zaletą był tygodniowy bilet, co sprawiło, że wracając z dalszej części Argentyny przez El Calafate mogliśmy jeszcze raz tam pójść.
58_6 (2)
Dzień 8-11: El Chalten
Kolejny etap naszej podróży to El Chalten, które było dla mnie najfajniejszą częścią tego wyjazdu. Już samo miasteczko, jest uroczą, małą miejscowością, która jeszcze nie zdążyła przesiąknąć komercją. Obowiązkowo polecam miejsce, w którym znajduje się najbardziej klimatyczna czekoladziarnia na świecie – z gorzką czekoladą, podróżniczym klimatem i obsługą tańcząca flamenco na zapleczu. A wszystko to z widokiem na Fitz Roya ❤️
Przyjechaliśmy tam popołudniu, następnie dwa pełne dni spędziliśmy na szlakach, a ostatniego dnia byliśmy w czekoladziarni La Chocolateria Josh Aike, którą polecam. Nocowaliśmy w hostelu Hospedaje Lo de Guille, który szczerze polecam.
Pierwszego dnia poszliśmy do Laguny Cerro Torre, natomiast drugiego do Laguny Los Tres. Oba szlaki warto zrobić. W przypadku Laguny Los Tres warto wziąć pod uwagę, że ostatni odcinek to 1 km, w czasie którego robimy 400 m w górę. Ale pozostała część trasy (łącznie ok. 19 km) to w większości chodzenie po płaskim.

 

 

Dzień 12-14: powrót do Punta Arenas

Ostatnie dni spędziliśmy na powrocie do Punta Arenas, skąd mieliśmy samolot na pustynię Atacama. Po drodze zwiedzieliśmy trochę mniej spektakularnych, ale również ciekawych miejsc i odbyliśmy sporo spacerów po okolicy, w której się znajdowaliśmy, bo jest to jeden z naszych ulubionych sposobów zwiedzania, który przybliża jak żyją ludzie. Z miejsc, które dodatkowo odwiedziliśmy na największą uwagę zasługuje cmentarz w Punta Arenas (jest to dość pozytywne miejsce jak na cmentarz) i muzeum salezjańskie (Museo Maggiorino Borgatello, Salesian Museum) w Punta Arenas. I to koniec naszej Patagonii! Najważniejsze co musicie zrobić na koniec to odwiedzić pomnik Magellana w  Punta Arenas. Wg legendy należy złapać jego palec, żeby powrócić do Punta Arenas. Co prawda sam Magellan znajduje się na samej górze pomnika, a ludzie chwytają palec Indianina, który siedzi niżej, ale też powinno zadziałać. U nas zadziałało 😉

 

Atacama

Dzień 15-16: Pierwsze kroki na Atacamie – informacje, przyjazd, wycieczki i choroba wysokościowa

Kolejne dwa dni w naszej podróży to podróż do San Pedro de Atacama z przesiadką w Santiago, gdzie spędziliśmy też noc. Po drodze mieliśmy dziwną przygodę z właścicielką naszego hostelu, która wybrała się z nami na zakupy i fotografowała nas jak pakowaliśmy bułki w sklepie 😀

Do San Pedro de Atacama najłatwiej się dostać lecąc do Calamy, z której jest bardzo dużo busów. Teraz czas na ważną wskazówkę dla podróżników zestresowanych lotniskami: kupując busa trzeba podać godzinę samolotu, którym będziecie wracać. Na tej podstawie wyznaczany jest czas, kiedy bus przyjedzie po Was do hostelu. Zweryfikujcie ten czas. Nam wyznaczyli go bardzo na styk i wydawało się, że są nawet duże szanse, że się spóźnimy. Lotnisko jest dosyć małe, więc powinno się zdążyć, a oni powinni wiedzieć co robią. My asekuracyjnie napisaliśmy do firmy, że mamy samolot wcześniej i byliśmy trochę wcześniej. Nie wiem czy to było potrzebne, ale na pewno nie było stresu czy zdążymy.

Jeśli chodzi o zwiedzanie pustyni to jest to naprawdę łatwe. W San Pedro de Atacama jest główna ulica, na której jest ogromna ilość biur podróży (poza tą ulicą też) oferujących wycieczki w różne miejsca. Kupując hurtowo na wszystkie dni można liczyć na rabat. Możliwe jest wynajęcie samochodu, albo wycieczki rowerowe, ale nie jest to konieczne i naszym zdaniem te wycieczki są sensownie organizowane. Nasze biuro podróży nazywało się Atacama Explora. Mieliśmy do niego mieszane uczucia, bo w jednej na trzy wycieczki trafił się przewodnik, który słabo mówił po angielsku, pomimo że wycieczka miała być anglojęzyczna.

Kolejna kwestia, która warta jest wspomnienia to choroba wysokościowa, która tam się zdarza. Jest to indywidualna kwestia każdej osoby. Niektórych dopada szybciej, innych później. Przy okazji wycieczek dowiedziałam się, że osobiście w okolicy 3000 – 3500 m npm zaczynam odczuwać wysokość, a powyżej 4000 m npm jest ze mną kiepsko. San Pedro de Atacama leży na wysokości 2500 m npm i niektórzy już tam mogą odczuć dolegliwości. Najważniejsze to pamiętać i powtarzać sobie, że ten tlen tam jest, nie panikować oraz nie biegać. Uważajcie też na Wasze rzeczy – jak byliśmy na 4000 m npm i przewodnik tłumaczył nam żeby nie biegać, to w tle mogliśmy obserwować jak Przemek biegnie goniąc swoją nogawkę od spodni porwaną przez wiatr 🙂 Najważniejsze jednak to nie martwić się na zapas.  Dobrze jest też zaplanować tak wycieczki, żeby te najwyżej położone miejsca były na samym końcu. U nas było odwrotnie i może dlatego odczułam to gorzej.

Kolejna istotna kwestia – wycieczka astronomiczna. W czasie naszego pobytu została odwołana z powodu pełni księżyca. Nie narzekam, bo z księżycem było też piękne, mimo to gwiazdy były widoczne, ale jest też powód żeby wrócić. Jeśli jednak to jest jeden z Waszych priorytetów to sprawdźcie jakie są fazy księżyca.

 

Dzień 16:

Pierwszego dnia wycieczek po pustyni mogliśmy podziwiać piękną łąkę, która była wyjątkowym zjawiskiem związanym z większą ilością opadów w tym najsuchszym na świecie miejscu. Co kilkanaście lat pustynia zakwita i mieliśmy szczęście trafić na ten moment. W czasie tego dnia zobaczyliśmy także Piedra Rojas, solnisko zamieszkałe przez Flamingi oraz Lagunę Miscanti.

179 (1 of 1)

Dzień 17

Drugi dzień wycieczek zaczęliśmy bardzo wcześnie. Nasz bus zabrał nas o 4 rano, żebyśmy mogli zdążyć podziwiać gejzery, których aktywność jest w godzinach porannych. Bilet wstępu był dość drogi i przyznam, że było to największe rozczarowanie w tej podróży. Jeżeli widzieliście już kiedyś gejzery, szczególnie na Islandii, to niestety nie polecamy. Na pocieszenie, tego dnia czekała nas jeszcze wioska z hodowlą lam (i grillowanymi szaszłykami z lamy), dolina kaktusów oraz magiczna dolina księżycowa, gdzie wyrusza się oglądać zachód słońca.

224 (1 of 1)

 

Dzień 18

Ostatni dzień na Atacamie to odprężająca wycieczka do Laguny Cejar, gdzie można się trochę wykąpać, a następnie zachód słońca nad solniskiem.

246 (1 of 1)

 

Dzień 19-20

Ostatnie półtorej dnia (odliczając transport z Atacamy) to zwiedzanie Santiago de Chile. Zdecydowanym faworytem tej części wyjazdu jest Muzeum Sztuki Prekolumbijskiej, gdzie możecie zobaczyć naprawdę wyjątkowe eksponaty.

266 (1 of 1)

 

Dzień 21

Żegnamy Chile i Argentynę! A Was zachęcamy do obserwowania naszego facebooka oraz instagrama 🙂

300