Wyspy Kanaryjskie: Lanzarote

Cześć! Mam nadzieję, że ten wpis pomoże Ci w przygotowaniach do podróży. Jeżeli jednak wciąż masz wątpliwości lub dodatkowe pytania zachęcam do kontaktu poprzez fb: @pegazing lub email: pegazing@gmail.com Chętnie pomogę 🙂

Wstęp

Przed wyjazdem na Wyspy Kanaryjskie długo nie mogłam się zdecydować, na którą wyspę się wybrać. Ostatecznie wybór padł na Lanzarote i Teneryfę, które postanowiliśmy zrobić w jednej podróży. Dla przejrzystości rozbiłam te wpisy na dwa, żeby osobom będącym zainteresowanym wyłącznie jedną wyspą było wygodniej zapoznać się z naszym planem podróży.  Jeżeli jednak jesteście zainteresowani połączeniem dwóch wysp, to potraktujcie ten plan jako dni od trzeciego do siódmego. Jeśli chodzi o transport pomiędzy wyspami to istnieje wewnętrzna linia Binter, czyli śmieszne małe samolociki, które szybko zaczynają lądować 🙂 Można też płynąć promem, ale jest to o wiele bardziej czasochłonne.

Dzień 1: El Golfo, Los Hervideros, Salinas de Janubio

Informacje praktyczne

Na Lanzarote przylecieliśmy w połowie dnia i pierwsze co zrobiliśmy to wynajęliśmy samochód. Jest kilka różnych wypożyczalni, ale bardzo dużo osób poleca AutoReisen. Nasza opinia na ich temat jest jak najbardziej pozytywna, łącznie wypożyczaliśmy tam samochód trzy raz (raz na Lanzarote i dwa razy na Teneryfie). Przede wszystkim jest to dosyć bezproblemowa wypożyczalnia. Poziom benzyny musi się zgadzać mniej więcej i nie jest to ściśle kontrolowane. Przy oddawaniu samochodu oddaje się kluczyk pani w okienku lub wrzuca do skrzynki i tyle. Nie mieliśmy żadnych problemów, a na Lanzarote trafiła nam się nawet lepsza wersja samochodu, bo wszystkie najtańsze były wypożyczone.

Nocowaliśmy w Nazarecie w Lovely Apartament i muszę powiedzieć, że jednocześnie go polecam, a jednocześnie ostrzegam 😉 Jest to niewątpliwie apartament o wysokim standardzie w korzystnej cenie, ale jest też sutereną. Dla nas nie było to problemem, ale warto wiedzieć wcześniej, żeby się nie zaskoczyć.  Właściwie największą wadą było to, że momentami tam było zimno, ale mieliśmy suszarkę, więc i to nie było problemem.

Zwiedzanie

Po dotarciu do hotelu wydawało się, że jest dosyć późno i niewiele już zobaczymy, ale znalazłam tak idealny plan, że powtórzyliśmy go ostatniego dnia. Wybraliśmy się zobaczyć plażę El Golfo wraz z Charco Verde i El Lago Verde. Jest tam  spory i darmowy parking od strony miasteczka El Golfo, tuż przy restauracji El Siroco. Stamtąd już tylko dwa kroki, żeby zobaczyć niesamowitą plażę, jezioro i różnorodne formacje skalne. GPS pokazał nam lokalizację z drugiej strony jeziora, ale w czasie kiedy tam byliśmy tamta droga była zamknięta, a miejsce na samochód przy poboczu było bardzo niepewne.

Kolejny punkt na trasie to Los Hervideros znajdujące się zaledwie 5 min jazdy (4,4 km) od parkingu. Los Hervideros to klify, o które cały czas uderzają ogromne fale. Jest możliwość zejścia trochę niżej, żeby z bezpiecznego poziomu obserwować je z bliższej odległości. Jednym z ciekawszych elementów jest miejsce, w którym spotykają się ze sobą dwie fale i zderzają ze sobą. Jest to jedno z najlepszych miejsc na obserwowanie zachodu słońca, szczególnie że oprócz oceanu mamy też góry, które nabierają coraz to piękniejszych barw.

Ostatni punkt wycieczki to punkt widokowy Mirador Salinas de Janubio z widokiem na solnisko. Jest on oddalony od Los Hervideros o kolejne 5 min (3,7 km). Idealne miejsce na zakończenie dnia. To znaczy, że na zaledwie 10 minutowym odcinku drogi możemy znaleźć aż trzy różnorodne atrakcje. Dodatkowo, punkt widokowy Mirador Salinas de Janubio leży kilometr od głównej drogi, LZ-2, którą najprawdopodobniej będziecie wracać. Ogólnie, zauważyłam, że większość transportu na Lanzarote polega na tym, że najpierw trzeba pojechać do głównej drogi LZ-1 lub LZ-2 i pojechać nią na wysokość odwiedzanego miejsca i dopiero wtedy jechać mniejszymi uliczkami.

 

 

Dzień 2: Timanfaya, La Geria, Mirador del Rio, Cueva de los Verdes, Ogród Kaktusów

Drugi dzień na Lanzarote zaczynamy jedną z największych atrakcji, czyli wizytą w Parku Narodowym Timanfaya. Wyjątkowość tego miejsca, to nie tylko 51 km^2 wulkanicznego krajobrazu, ale też silna aktywność geotermiczna, która sprawia że na głębokości 13 m rejestruje się temperatury do ok 610 stopni Celsjusza. Jednak bardziej przemawiający do wyobraźni przykład to 277 stopni na głębokości do 10 cm 🙂 I naprawdę tak jest! Jedną z atrakcji dla turystów jest pan, który kopie mały dołek (2-3 cm głębokości) i wręcza kamyki. Niestety dostałam tą gorszą partię, więc szybko się poparzyłam, krzyknęłam i je wypuściłam z rąk. I tyle z tego było 😀 Inne rzeczy, które możemy tam zobaczyć to znacznie większy dołek, do którego wsypuje się chrust, który szybko zaczyna dymić i płonąć. Nie dziwi już więc symbol parku, którym jest diabeł, jesteśmy w końcu w piekle. Oprócz tego możemy zobaczyć sztuczny gejzer (do długiej, wkopanej w ziemię tuby wlewa się wodę, która pod wpływem temperatury błyskawiczne paruje), a także pieczone ziemniaczki. To wszystko co tutaj opisałam jest dostępne przy głównym parkingu dla turystów, tuż przy restauracji. Natomiast pozostałą część parku można zwiedzać na trzy sposoby. Warto podkreślić, że każdy sposób, to inna część parku:

  • Autokarem – Jest to podstawowy sposób, po parku nie możemy się samodzielnie poruszać samochodem ani pieszo. Dostęp jest jedynie od kasy, do głównego parkingu. Z autobusu nie można wysiadać, a zdjęcia trzeba robić przez szybę. Początkowo byłam tym zniechęcona, ale okazało się, że było naprawdę fajnie. Na pewno udział w tym miało też to, że udało nam się trafić najlepsze miejsca, tj. w pierwszym rzędzie i dzięki temu mogliśmy więcej zobaczyć. Kierowca opowiadał wiele interesujących rzeczy, czasem przyspieszał gwałtownie, żeby zahamować nad przepaścią, a wszystko to przy piekielnej muzyce, czyli najbardziej dramatycznych momentach Requiem in D Minor Mozarta.
  • Wielbłądem – Jest to z pewnością interesujący sposób zwiedzania parku. Przejażdżka trwa jednak bardzo krótko tj. około 15-20 minut. Wielbłąd kosztuje około 12 euro i jest to cena za dwie osoby (nie siedzimy na samej górze, tylko w koszach po bokach wielbłąda). Obejmuje oprowadzanie po bardzo małym kawałku parku (dostępnym za darmo z ulicy) z widokiem na jego właściwą część. Na Lanzarote są też dłuższe, godzinne wycieczki na wielbłądach siedząc na górze, ale nie byliśmy tam, ponieważ wielbłądy nie były głównym celem naszej wyprawy. Nie są to też oficjalne wycieczki tego parku. Jeśli chodzi o ten sposób, to muszę powiedzieć, że bardzo dawno nie robiłam czegoś co było tak bardzo pod turystów i tak bardzo komercyjne. Było to aż śmieszne 🙂 Z racji tego, że podróżujemy świadomie unikamy miejsc, gdzie krzywdzi się zwierzęta. Właśnie dlatego unikamy wszelkich atrakcji ze zwierzętami, które powodowały ich cierpienie, ponieważ nie wspieramy tego typu działalności. Na wyspach kanaryjskich jest to między innymi Loro Park, który stanowczo odradzam. Bardzo zależy nam na podróżowaniu w sposób moralny. Według researchu, który przeprowadziłam, tym wielbłądom nie dzieje się krzywda i są dobrze traktowane.
  • Pieszo – w ramach zorganizowanych wycieczek. Nam na to zabrakło czasu, ale niezbędne informacje dostępne są na tej stronie.

Inne przydatne informacje dotyczące Parku Timanfaya:

  • Warto przyjechać sporo wcześniej, przed otwarciem parku. My przyjechaliśmy około 25 minut wcześniej, a i tak jak byliśmy drudzy w kolejce. Ale im bliżej godziny otwarcia, tym bardziej się cieszyliśmy, że przyjechaliśmy wcześniej, bo korek zrobił się niesamowity.
  • Warto wcześniej się zastanowić (przed tą lub przed inną biletowaną atrakcją), jakie rzeczy chcemy zobaczyć. Możliwy jest zakup biletów na kilka atrakcji i jest to o wiele bardziej opłacalne niż kupowanie pojedynczo. Dokładne informacje znajdziesz tutaj.

 

 

Kolejny punkt na naszej drodze to La Geria i wino! 12 minut od Parku Timanfaya. Jedziemy! La Geria to przede wszystkich krajobraz znajdujący się pod ochroną. Wykopane w żużlu wulkanicznych dołki na winorośl znalazły się pod ochroną UNESCO. Oprócz podziwiania krajobrazu możemy jeszcze zasmakować w winie i żeby to zrobić w tym unikalnym miejscu, mamy do wyboru jedną lub obie ze znajdujących się naprzeciwko siebie winiarni:

  • Bodegas La Geria – wycieczki z przewodnikiem organizowane są od poniedziałku do piątku o godzinie 14:00. Wycieczka kosztuje 9 euro (dla dzieci poniżej 12 roku życia jest za darmo) i trwa około 45 minut, a w jej czasie przewidziana jest także degustacja dwóch win. Wycieczkę należy wcześniej zarezerwować mailowo.
  • Bodegas Rubicón –  wycieczki odbywają się bez przewodnika, za darmo, od 10 do 20 codziennie. Można spokojnie spacerować po winiarni i niespiesznie wszystko zobaczyć. My wybraliśmy tę opcję. W czasie naszego pobytu były też degustacje trzech rodzajów win wraz z serami i  przekąską za 3,5 euro, co dodatkowo zachęciło mnie do zakupu całej butelki wina za 10 euro.  Na stronie widziałam teraz tylko opcję degustacji za 8 euro win z gorzką czekoladą i owocami, więc najprawdopodobniej oferta ta się rozszerza/zmienia i trzeba na bieżąco sprawdzać. Z tego co widziałam, tam też są organizowane wycieczki z przewodnikiem.

 

To był bardzo aktywny dzień, a jesteśmy dopiero w połowie. Kolejnymi punktami na mapie są Mirador del Rio, Cueva de Los Verdes oraz Ogród Kaktusów. Jeżeli odwiedzicie Cueva de Los Verdes to można odwiedzić też jednocześnie Jameos del Agua, są one bardzo blisko siebie. My na początku odpuściliśmy Jameos del Agua, ale wróciliśmy tam pod koniec wyjazdu, ponieważ okazało się, że jednak mamy na to czas. Mirador del Rio to przepiękny punkt widokowy, w tym na wyspę La Graciosa, na którą są organizowane wycieczki. Cueva de Los Verdes to bardzo ciekawe miejsce z pewną niespodzianką, o której nie należy nigdzie pisać – trzeba to miejsce odwiedzić, żeby to zobaczyć. Nie szukajcie spoilerów, bo szkoda tracić to co można zobaczyć 🙂 Ogród kaktusów to zdecydowanie najbardziej ciekawy ogród botaniczny, w którym byliśmy i zdecydowanie warto. Dzień kończymy jadąc do Arrecife bocznymi drogami, żeby pooglądać sobie inne zakątki wyspy niż te przy autostradzie. Zatrzymujemy się między innymi w Teguise gdzie spędzamy trochę czasu spacerując.

 

Dzień 3: Caldera Blanca, Papagayo

Dzisiejsze przedpołudnie poświęcamy na trekking na Caldera Blanca. My nasz spacer zaczęliśmy w miejscowości Mancha Blanca przy kaplicy Ermita de Los Dolores, gdzie według broszury informacyjnej, którą znalazłam w internecie zaczynał się nasz szlak. Nie okazało się to do końca prawdą, właściwy szlak zaczął się dużo dalej i dostępny jest spory parking. Ta część nie jest obsługiwana przez google street view, dlatego nie mogliśmy tego zobaczyć wcześniej, ale parking mieści się na drodze Camina al Crater, a jego przybliżone współrzędne to 29°02’37.6″N 13°41’49.6″W. Z drugiej strony startując z Mancha Blanca mieliśmy okazję zobaczyć parę ciekawych lokalnych miejsc, w tym zaliczyć bar, w którym jadają lokalsi i zjeść jedną z moich ulubionych potraw na Lanzarote, czyli lokalny ser z dżemem z kaktusa. Wiem, że to brzmi bardo dziwnie, ale było pyszne!

Niezależnie od tego, gdzie zdecydujecie się startować przyjdzie Wam przejść szlakiem, który jest przedłużeniem drogi Camino al Crater. Dalej szlak wiedzie prosto, aż do Montana Caldereta. Tam można na chwilę zboczyć ze szlaku i przejść się po większym lub mniejszym fragmencie środka tego krateru. Można to zrobić także w drodze powrotnej. Idąc dalej szlakiem dojdziemy do rozwidlenia. My poszliśmy w lewo kierując się na wejście na krater od strony wschodniej. Polecam ten wybór, ponieważ wydaje mi się, że wejście od strony zachodniej byłoby trudniejsze.  Na górze pokonuje się około trzy czwarte krateru obchodząc go dookoła. Na pozostałym odcinku nie ma szlaku. Zaczynając od strony wschodniej trzeba się więc kierować w lewo, a zaczynając od strony zachodniej w prawo. W ten sposób dochodzi się do zejścia po drugiej stronie.  Po drodze zaliczamy też najwyższy punkt, z którego jest widok na Park Timanfaya. Schodząc z góry dojdziemy do ścieżki, która jest tą samą ścieżką, którą przyszliśmy i wracamy nią na parking/do Mancha Blanca.

Po tym spacerze wybraliśmy się na wielbłądy, które dokładniej opisałam przy okazji Parku Timanfaya w poprzednim dniu, a następnie pojechaliśmy na Papagayo Beach.  Temperatura wody była akceptowalna dla niewielu osób. Nie jestem morsem, ale dużo mogę znieść, dzięki temu że zaprawił mnie kiedyś uniwersytecki basen, więc mi się podobało. Zostaliśmy tam aż do zachodu słońca, głównie spacerując po okolicy, która też była interesująca. Z informacji praktycznych, przy Papagayo jest spory parking. Niestety droga, która do niego prowadzi jest płatną szutrówką. W dniu, w którym byliśmy nie pobierali akurat opłat, ale sporo osób na to narzeka i trzeba się po prostu przygotować na wydatek, z którego być może nie będziemy zadowoleni.

 

Dzień 4: Cesar Manrique, Lagomar, Jameos del Agua, El Golfo

Dzisiejszy dzień upływa nam pod znakiem Cesara Manrique. Był on architektem, który zaprojektował wyspę i zadbał o jej architektoniczną spójność – większość mniejszych miejscowości to białe domki z zielonymi okiennicami i drzwiami. Oprócz tego na całej wyspie można spotkać wykonane przez niego rzeźby, zdobiące też ronda – zwróćcie na nie uwagę. Zaprojektował również wiele innych rzeczy, a jego styl cechowało wykorzystanie naturalnych skał i jam sklanych jako elementów jego projektów.

Zwiedzanie zaczęliśmy od jednego z domów, które zaprojektował tj. Lagomar mieszczący się w Nazarecie. Nasza wizyta w tym miejscu była wyjątkowa, ponieważ byliśmy praktycznie sami i mieliśmy wyjątkowego kociego przewodnika, który przeszedł z nami praktycznie całą trasę.

Kolejny punkt wyprawy to Jameos del Agua, czyli jaskinia w którą Cesar Manrique wkomponował basen, audytorium i restauracje. Z jednej strony jest to przykład interesującej architektury, a z drugiej jest to jednocześnie pomnik przyrody. Jedną z ciekawszych rzeczy jest naturalne jezioro, w którym żyją malutkie, białe i ślepe krabiki. My na tym zakończyliśmy przygodę z Cesarem, ale jeżeli macie ochotę na więcej, to możecie zobaczyć jego dom w miejscowości Haria oraz fundację jego imienia w miejscowości Tahiche. Przydatne informacje dotyczące wizyt w tych dwóch miejscach znajdziecie TUTAJ.

 

Dzień kończymy tak jak pierwszego dnia, czyli zestawem El Golfo, Los Herrvideros oraz Salinas de Janubio. Jedyną różnicą było to, że przyjechaliśmy do El Golfo znacznie wcześniej, więc mieliśmy jeszcze czas na spacer po miasteczku i przejście fragmentu szlaku w stronę Playa del Paso. Ten szlak ma około 9 km i można zrobić pętle, ale my zrobiliśmy jedynie fragment ze względu na ograniczenia czasowe.

 

Dzień 5

Dzisiejszy dzień to właściwie tylko poranek, który spędzamy na spacerze w Arrecife. Tutaj podzielę się z Wami radą, że czasem dobrze jest pozwolić google żeby nas śledził. W Arrecife łatwo nieraz stracić orientację, ze względu na uliczki, które nieraz przebiegają pod dziwnymi kątami oraz kształt tego miasta. Tylko dzięki googlowi udało nam się znaleźć nasz zagubiony samochód i szczęśliwie dojechać na lotnisko 🙂

Na koniec podsumuję, że Lanzarote zrobiło na mnie naprawdę ogromne wrażenie. Była to cudowna wulkaniczna wyspa, która momentami wydawała się ciepłą wersją Islandii, gdzie owce zastąpiono winem. Jest to idealna synteza dla wszystkich osób, które uwielbiają skandynawskie klimaty, a jednocześnie mają w sobie pragnienie słońca i ciepłej wiosny.

99 (1 of 1)

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s